10 lat minęło

10 lat minęło

 

Mija 10 lat odkąd zostałam mamą. To było 10 burzliwych lat które obfitowały w wiele zmian, nauk, błędów, sukcesów, miłości, trosk. To był czas kiedy przeszłam przemianę ze zbuntowanej nastolatki w… trochę mniej zbuntowaną kobietę. Piszę ten post kiedy dzieciaki jeszcze śpią. Jest 6:10 za maksymalnie godzinę znów będę słyszeć śmiechy i przekomarzania młodszej trójki- najstarsza pojechała na wakacje do moich rodziców. Każdy wieczór i poranek gdy wstanę wcześniej od nich doceniam podwójnie. Mam wtedy chwilę dla siebie w ciszy. Mogę bez nerwów popracować czy po prostu napić się kawy.

6 sierpnia 2010 roku o godzinie 7:30 zostałam mamą.

Pamiętam pierwsze dni w domu. Moi rodzice musieli przychodzić wieczorem żeby pomóc nam ją umyć. Kompletnie nie wiedzieliśmy jak się to robi (w szpitalu tak naprawdę nic nie pokazali, nic nie poradzili, zresztą nawet gdyby to zrobili sytuacja byłaby pewnie podobna). Magdalena ważyła niecałe 2,3 kg. Była chudziutka i bałam się, że zrobimy jej krzywdę. Przy Damianie- najmłodszym dziecku, pomimo że jest wcześniakiem, ważył jeszcze mniej bo niespełna 2,1 kg nie miałam już żadnych rozterek.

Co więcej- nie bawiłam się już w kupowanie wanienki do kąpieli. Ze spokojem, bezpiecznie można takie maleństwo umyć w wannie. Tak wiec- wanienka jak dla mnie to zbędny wydatek.

W 2012 roku zaczęłam nowy rozdział mojego życia który ciągnie się do dziś. Nigdy nie żałowałam wyboru, że z dnia na dzień spakowałam dzieci, siebie i odeszłam od byłego męża do Marcina. To była najlepsza dla mnie jak i dla dzieci decyzja jaką mogłam podjąć. (Chwilę wcześniej pisałam o ciszy i spokoju bo dzieci jeszcze śpią? No to informuję, że najmłodszy właśnie wstał 😉 ) Dzieci mają teraz ojca, a także dziadków ze strony taty z prawdziwego zdarzenia.

Przez te 10 lat wydarzyło się wiele. Kilka razy SOR z dziećmi, przeprowadzki, prace, ale także długi (z których na szczęście wychodzimy- jesteśmy na ostatniej prostej). W 2013 roku Magdalena miała wypadek. Na jasełkach w przedszkolu doznała oparzeń od ognia (jakiś inteligentny rodzic jednego z dzieci zapalił świeczki które były na stołach). Skrzydła, które młoda miała na sobie (grała aniołka) zajęły się ogniem.

Reasumując- wieczorem jechałam z córką karetką do szpitala, a tego samego dnia rano dowiedziałam się, że jestem w ciąży (to był jeden jedyny raz kiedy wymiotowałam w ciąży- każde ciążę znosiłam idealnie bez większych mdłości. Ten jeden raz najpewniej ze stresu wyplułam cały żołądek). Rzecz jasna to nie jedyny raz kiedy przy Magdalenie najadłam się strachu. Pierwszy poważny „wypadek” zdarzył się jak miała zaledwie kilka dni. Zachłysnęła się mlekiem. Wtedy moi rodzice byli u nas szybciej niż kiedykolwiek. Wyobraźcie sobie. Pierwsze, kilkudniowe dziecko które zaczyna się Wam dusić. Nie polecam. To chyba tyle z poważniejszych od otarcia kolan wypadków Magdaleny. Strachu najedliśmy się przy Danielowi kiedy wbił sobie do ucha… Zapałkę. Przebił wtedy błonę bębenkową i właściwie do dzisiejszego dnia ma problem z tym uchem. Dopiero kończymy leczenie. Daniel pomimo, że jest dzieckiem bardzo energicznym, nie spokojnym, nie umie usiedzieć w miejscu i szybko się denerwuje o dziwo nie miał poważniejszych przygód. Marianna za to co rok to SOR. Jak nie przegryzła szkła (szwy przy wardze i badania czy nie połknęła) tak spadła z sofy prosto na kant stołu ( można 100 razy powtarzać- nie skacz 🤷🏼‍♀️), że skończyło się szwami pod okiem i blizną która wbrew pozorom dodaje tej lobuziarze uroku. Damian za to urodził się jako wcześniak. U niego szpital i poradnie były przez pierwszy rok życia właściwie co miesiąc tym bardziej , że słabo przybierał na wadze i miał bardzo niskie żelazo. Kiedy wszystko się ustabilizowało okazało się, że młodego czeka operacja. Odbyła się z powodzeniem we wrześniu zeszłego roku, aczkolwiek stres jaki mi towarzyszył kiedy wzięli go już na salę(narkozę dostał na moich rękach- tuliłam go kiedy podawali zastrzyk) był chyba porównywalny ze strachem jaki przeżywałam jadąc z Magdaleną karetką. Oczywiście prócz strachu było też wiele chwil pełnych szczęścia i dumy. Pamiętam jak Magdalena delikatnie głaskała Daniela kiedy go zobaczyła (między nimi jest 11 miesięcy różnicy). Panika w oczach i pytanie „Mama, a ona cię nie zje?” gdy zobaczyła mnie w szpitalu jak karmię Mariannę piersią.

Nasze pierwsze wyjście na rolki/wrotki (teraz młoda śmiga lepiej niż ja kiedykolwiek). Uśmiech i zachwyt dzieciaków kiedy wzięłam je pierwszy raz nad morze. Wspaniale było oglądać ich twarze pełne radości. Mogłabym teraz napisać coś o pierwszej laurce jaką dostałam, ale każda jedna laurka, obrazek czy list którą robią dla nas jest piękna i za każdym razem towarzyszy mi uczucie podobne to tego, gdy dostałam ją po raz pierwszy.

Dzieciaki nauczyły mnie cierpliwości (chociaż żeby nie było, że jestem oaza spokoju. Co to, to nie. Potrafię wybuchnąć). Rodzicielstwo to nie ciągłe rzyganie tęczą i zachwyt nad swoimi dziećmi. Czasem zastanawiasz się dlaczego nie ma okna życia dla tych starszych. Czasem mam ochotę rzucić wszystko, wyjść i mieć po prostu święty spokój. Wychowanie dzieci nie polega na kierowaniu nimi, a towarzyszeniu im w ich własnej drodze. Magdalena podczas pseudo zdalnej nauki doszła do wniosku, że chce się uczyć w domu. Dzięki koronawirusowi dowiedziałyśmy się, że potrafimy świetnie słuchać się nawzajem. Wystarczyło wytłumaczyć trochę inaczej i dziecko zaczęło rozumieć. W szkole jest jeden nauczyciel na 20+ uczniów. Podczas realizacji materiału była ona sama i ja. Z tematami nie uciekaliśmy tak szybko jak szkoła. Na spokojnie omawialiśmy wszystko i do kolejnego tematu przechodziłyśmy dopiero gdy wszystko zrozumiała. Będę starała się załatwić w roku szkolnym 20/21 by Magdalena była w edukacji domowej. Zobaczymy co z tego będzie- trzymajcie kciuki, żeby dyrekcja szkoły wyraziła zgodę.

Podczas tych 10 lat macierzyństwa wiele się nauczyłam. To dzieci uczą nas cieszyć się z małych rzeczy, to dzięki dzieciakom stałam się odpowiedzialna. Co prawda nadal uczę się panować nad moją spontanicznością, aczkolwiek i dzieci i mąż są już przyzwyczajeni, że przemeblowania średnio raz na 3 miesiące robimy. Wyjeżdżamy czy to do domu czy na wakacje spontanicznie. Generalnie nie lubię planować, planowanie wydaje mi się nudne, a zarazem u nas w domu zazwyczaj planowo wychodzą tylko wizyty u lekarzy oraz finanse chociaż i z tym jest kiepsko bo w większości przypadków jeśli rozplanuje finanse tak, że wychodzi na to, że możemy oszczędzić w danym miesiącu to… coś się psuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *