Miesiąc: Lipiec 2020

Wakacje na wsi

Wakacje na wsi

Tegoroczne wakacje były chyba najbardziej wyczekiwane odkąd mieszkamy we Wrocławiu. Ze względu na COVID-19 pierwszy raz święta wielkanocne (każde święta, nie ważne czy wielkanocne czy Bożonarodzeniowe spędziliśmy z rodziną) spędziliśmy osobno z dala od rodziny we Wrocławiu. Ostatni raz w domu byliśmy w grudniu w dodatku dość ostrożnie, raczej bez kontaktowo(u babci byłam dosłownie moment) ponieważ od początku miesiąca przechodziłam „grypę”(choć mógł to już być koronawirus ponieważ za nic nie mogłam się doleczyć, a w połowie grudnia kompletnie straciłam węch i smak. Czułam się tak jak kilka lat wcześniej kiedy złapało mnie zapalenie płuc. Oczywiście wtedy nikt z nas nie przypuszczał, że to może być to. Koronawirus według oficjalnych informacji dopiero zaczynał roznosić się po świecie(chociaż teraz już wiadomo, że dotarł w wiele miejsc wcześniej niż myślano) ). Już po powrocie do Wrocławia rozchorowała się także moja gromadka i mąż (ja w dalszym ciągu „zdychałam”). Oczywiście w tym samym czasie (to były ferie zimowe) trafiła mi się przeprowadzka i z gorączką, samopoczuciem sięgającym dna przeprowadziłam nas, a Aga zajęła nasze mieszkanie. Po jakimś czasie ogłoszono epidemię. Dzieciaki przeszły na naukę zdalną, Marcin na home office. Ja się w końcu doleczyłam (cała choroba trwała od grudnia do lutego. Antybiotyki nie działały, posiewy w kierunku anginy wychodziły prawidłowe. Węch i smak odzyskałam dopiero początkiem marca). Kiedy zaczął się lock down zdecydowaliśmy, że nie podejmiemy ryzyka i nie pojedziemy na święta wielkanocne do domu. Pomimo zabezpieczania się nie chcieliśmy narażać rodziny- naszych rodziców, dziadków. Dzieciaki tęskniły. Kiedy obostrzenia zaczęły znikać pojawiły się pierwsze plany. Wyjazd do domu w czerwcu, niestety nic z tego nie wyszło, ale dzięki temu miałam czas na zadbanie o siebie i rodzinę. Zrobiłam w końcu cytologię, USG piersi, dzieciaki odwiedzili znów dentystę, okulistę, nadrobiliśmy wizytę u laryngologa. W lipcu spontanicznie zadecydowaliśmy, że jedziemy. Dzieciaki tęskniły za babcią i dziadkiem. Nasi rodzice tęsknili za wnukami, a my mieliśmy już cholernie dość otaczającego nas betonu. Dodatkowo na naszą decyzję wpłynął także inny fakt, który właściwie zaważył na decyzji. Marcin zorganizował sobie urlop i pojechaliśmy (tutaj ukłony w stronę jego szefa, którego tak jak w poprzednim poście napisałam można ze świecą szukać).  Oczywiście w drodze pojawiły się problemy (takie nasze szczęście) z samochodem. Na szczęście byliśmy już bliżej niż dalej i dojechaliśmy bezpiecznie. Pogoda była zmienna. Jednego dnia było pięknie, wieczór mogliśmy spędzić pod pięknym niebem, by kolejny dzień okazał się pochmurny i deszczowy.

Przez cały okres naszego urlopu mogliśmy z bliska obserwować jak żołnierze Jednostki Wojskowej NIL ćwiczą w Lipowej, Brennej i nad Jeziorem Międzybrodzkim.

Oczywiście nie mogło obyć się bez wędzenia- po pół roku w końcu mieliśmy znów okazje zjeść prawdziwe wędliny, które nie są naszpikowane chemią.

U teściów były młode kaczki i kurczaczek. Dzieciaki załapały się na dojenie krowy. Wybrudziły się w błocie, a co najważniejsze całe dnie spędzały na dworze bez zależności od panującej aury.

 

Marcin przypomniał sobie czasy mieszkania na wsi bo akurat przywieźli węgiel więc było trzeba go znieść 🙂

Po czasie spędzonym w Beskidzie Żywieckim kolejnym etapem naszej podróży był Śląsk cieszyński. U moich rodziców spędziliśmy 3 dni. Odwiedziliśmy babcię w Kiczycach i dzieciaki pierwszy raz od 4 lat miały okazję posiedzieć znów przy prawdziwym ognisku, a nie tylko grillu. Upiekli sami swoje kiełbasy. Wtedy też oficjalnie obchodziliśmy urodziny Daniela, moja mama zrobiła tort dla młodego, a i moja siostra przyjechała z mężem i tortem. U nas miesiące letnie w rodzinie są urodzinowe. Wpierw w czerwcu mama ma urodziny, później co równy tydzień/dwa tygodnie w lipcu ktoś inny je obchodzi począwszy od Daniela 4 lipca, przez siostrę 11 lipca i skończywszy na tacie 25 lipca. Później 2, 3  i 6 sierpnia kolejno Damian, dziadek i Magdalena. 🙂

Babcia jak zawsze uraczyła nas pysznym ciastem- wiecie jak to jest jak pewne smaki smakują tak idealnie tylko u babci, a w spiżarce zawsze coś czeka na dzieci. W domu babci to już taka tradycja. Kiedyś tata z wujkiem, później ja z siostrami, a teraz nasze dzieci pierwsze swoje kroki kierują w miejsce gdzie zawsze coś na nie czeka.

 

Wakacje minęły szybko (za szybko), kiedy wracaliśmy do Wrocławia było nam po prostu źle. Znów czekała na nas rutyna, beton, pełno sąsiadów dookoła i brak rodziny, za to w bagażniku mieliśmy znów zapas jajek- takich prosto od kury, z ogródka- nie sklepowe oraz prawdziwe wędzone wędliny.

W Beskidach czas płynie dużo wolniej. Jest spokojnie. Człowiek jest bliżej natury i rodziny. Po prawie 4 latach we Wrocławiu coraz bardziej doceniamy te krótkie chwilę kiedy jesteśmy w domu. Wcześniej czy później wrócimy tam na stałe, ale na razie  muszą nam wystarczyć wyjazdy urlopowe. W tym roku planujemy jechać do domu jeszcze na Boże Narodzenie, a jeśli się uda, jeśli wszystko pójdzie dobrze to mamy nadzieję jeszcze  koło września odwiedzić nasze rodzinne strony. W całej sytuacji z mieszkaniem z dala od rodziny najgorsza jest tęsknota dzieci za dziadkami. Jakbyśmy się nie starali to dziadków dzieciom nie zastąpimy. W końcu… Nie ma jak u babci 🙂

O zmianach, decyzjach i planach

O zmianach, decyzjach i planach

Każdy dzień, tydzień, miesiąc i rok przynoszą nam zmiany. Pamiętam jak w 2012 roku zmieniłam otaczających mnie ludzi. Pamiętam jak odeszłam od byłego męża mając już dwójkę malutkich dzieci. Córka miała 2,5 roku, a syn półtorej. Byłam zagubiona, aczkolwiek miałam oparcie.

Niedawno moja… można powiedzieć, że bliska (rozmawiam, przyjaźnie się z dosłownie kilkoma ludźmi których mogę policzyć na palcach jednej ręki) znajoma,  a zarazem mój pracodawca (chociaż praca którą mi zleca jest najlepszą wymówką („Marcin teraz Ty się zajmujesz młodymi ja pracuję”) bo uwielbiam to co robię) odeszła od swojego męża, który moim skromnym zdaniem jest klasyczną ofiarą losu (zrzucać całą odpowiedzialność za finanse, wychowanie dzieci, pożycie, utrzymanie domu na jedną osobę w związku jest po prostu żałosne i nigdy- naprawdę nigdy tego nie zrozumiem, nie zaakceptuję i nie będę szanować takiego człowieka (oczywiście wyłączając poważną chorobę która może mieć wpływ na taką postać rzeczy)). Odkąd odeszła od męża najważniejsze były dzieci. I ja jako matka w pełni to rozumiem, ale dzieciaki zaczęły jej wchodzić na głowę- najpewniej miało to związek z tym, że dla nich to też nowa sytuacja, a ona chce dla nich jak najlepiej więc z początku pewnie nieświadomie zaczęła im wynagradzać tę sytuację co pozwoliło dzieciom odczuć, że wszystko im wolno, a jest to nie prawda. To, że ona odeszła od męża nie znaczy, że dzieci mają przestać ją szanować. To nie znaczy że dzieci nie powinny szanować rzeczy, mieszkania, jedzenia czy innych ludzi. To, że odeszła od męża nie znaczy, że przestała być KOBIETĄ. Jesteśmy matkami, czasami matkami siłaczkami, czasami matką i ojcem w jednym, ale przede wszystkim jesteśmy KOBIETAMI. Czasem o tym zapominamy i wtedy potrzebujemy kogoś kto nam o tym przypomni, kogoś kto widząc sytuację z boku powie co myśli. Tak też się stało w tym przypadku. Pewnego słonecznego dnia po opiece nad jej dzieciakami postanowiłam z nią porozmawiać na temat pewnych nie prawidłowości, które zauważyłam i jak możecie przypuszczać z początku się obawiałam, nie chciałam jej zrobić przykrości, ale przegadaliśmy sporo czasu i po wszystkim czułam się doskonale. Dlaczego? Ponieważ wiem, że ona jest inteligentną kobietą potrafiącą wyciągnąć wnioski. Zmiany zaczęła wprowadzać jeszcze tego samego dnia. Przestała być służącą swoich dzieci. Wprowadziła nowe zasady, przestała wynagradzać dzieciom rozstanie z ich ojcem jakby to była jej wina. Dzieciaki przestały jej wchodzić na głowę. Teraz musimy znaleźć czas by wyjść na drinka, manicure. Czasem zastanawiam się co by było gdyby nie moja szczerość do bólu (nigdy nie owijam w bawełnę). Mam nadzieję, że teraz już wszystko jej ruszy do przodu, a za rok, dwa pewnie będziecie mogli o tym wszystkim przeczytać w jej książce- pamiętniku w którym spisuje dzień po dniu jak sobie radzi samotna kobieta z dwójką dzieci we Wrocławiu w czasie rozwodu, póki co bez grosza od ojca dzieci (a mówię wam- podziwiam ją jak cholera. Pomimo, że nie raz zostaje jej na tydzień 20-25 zł to daje radę, nie załamuje się, a dzieci chodzą najedzone, zdrowe a co najważniejsze nauczone szacunku do pieniędzy). Jej życie obróciło się całkowicie w ciągu… miesiąca. Wydaje mi się, że pomimo trudności teraz jej lepiej. Ma większą kontrolę nad budżetem i życiem. Będąc z mężem ich długi rosły, a teraz? Teraz jej długi maleją 👏 Jest silną kobietą i wydaje mi się, że kiedy uświadomiłam ją właśnie o tym, że jest kobietą, a nie tylko matką dostała nowego powera. Mam nadzieję, że każda kolejna zmiana w jej życiu będzie pozytywna, ale nawet jeśli coś pójdzie nie tak uważam, a właściwie jestem pewna, że obróci to na swoją korzyść. Póki co każda zmiana która dokonała się w przeciągu ostatniego pół roku jej życia wyszła na plus. Podziwiam ją jak mało kogo. Jej historię, walkę z zadłużeniem oraz sposoby na oszczędzanie można śledzić na jej blogu.

 

Ja do wszelkiego rodzaju zmian podchodzę kompletnie neutralnie. Przeprowadzka? Żaden problem, przemeblowanie też spoko. Zmiany ani mnie ziębią ani grzeją. Najważniejszym dla mnie jest żeby było nam dobrze więc jeśli miałabym się znów przeprowadzić na drugi koniec Polski to dla mnie żaden problem. Są jednak kwestie które planuję (np. wizyta u lekarza, kosmetyczki, duże zakupy) i wtedy korzystam z akcesoriów dostępnych u Pani Swojego Czasu

Jest wiele, a może nawet większość rzeczy, które robię spontanicznie. Dla przykładu- ostatni raz w domu byliśmy w grudniu w święta. Planowałam znów pojechać w czerwcu, niestety nic z tego nie wyszło dlatego kolejnym planem było, że jedziemy w sierpniu. I co? Znów nie wyszło bo spontanicznie w ciągu jednego dnia zapadła decyzja. Wyjeżdżamy 6 lipca na cały tydzień i tak się właśnie stało. Dzieciaki szkołę skończyły w czerwcu więc zdalne nauczanie było już za nami. Marcina przełożony to facet jakiego można ze świecą szukać więc z urlopem też nie było problemu, ja dopiero czekam na kolejne zlecenie, a babcie i dziadki dopingowali nas w przyjeździe bo stęsknili się za swoimi aniołkami (diabełkami wcielonymi- tekst o tęsknocie i wakacjami na wsi pojawi się do 22 lipca) Wpis o wakacjach już na stronie, a w nim dużo zdjęć 🙂

Dla mnie jedyną wartością stałą, niezmienną, nie do przeskoczenia, nie do zmiany jest rodzina. Dom, praca, wakacje, wyjazd- wszystko to można zmienić, ale rodzina jest jedna, a każdy jej członek wyjątkowy na swój sposób.