Miesiąc: Grudzień 2020

Święta 2020

Święta 2020

Wbrew pozorom święta 2020 były rodzinne, ciepłe i pełne miłości. Nie spodziewaliśmy się, że wyjdą one tak fajnie pomimo braku bliskich nam osób.

Jak już wiecie z podsumowania 2020 ten rok nie należał do najłatwiejszych. Tak samo jak rok i święta nie były łatwe. Z dala od rodziny, z dala od rodzinnych stron. Z dala od widoku lasu i gór. Te święta spędziliśmy we Wrocławiu kameralnie tylko z naszą szóstką. Bez spiny, że nie zdążymy czegoś przygotować i tutaj ukłon w stronę Thermomix® TM6 (dzięki niemu czas przygotowania wszystkiego skrócił się do minimum), bez stresu na drodze w drodze do i z Wrocławia (tutaj muszę zaznaczyć, że od dłuższego czasu cholernie boję się podróży samochodem. Być może ma to związek z jazdą z dziećmi bo jadąc sami nie mam takich oporów). Przed każdą podróżą muszę wziąć leki uspokajające, a jeśli ich nie wezmę(co zdarza się często) to niestety Marcin ma w samochodzie upierdliwego, wszystkowiedzącego pilota. Bez stresu, że znów będzie jakaś kłótnia rodzinna (no niestety to do siebie mam, że po 2-3 dniach nieobecności w domu zaczyna mnie szlak jasny trafiać i daję się dużo za szybko sprowokować). Bez przeżarcia (no cóż… Czy da się odmówić mamusi, babci czy cioci jakiegoś pysznego ciasta lub mięska 🤣?) Bez wmuszania do siebie czegoś czego nie lubimy bo tak trzeba/bo nie chcemy urazić/bo nie wypada nie spróbować. Bez spiny, że dzieciaki są za głośno. Bez martwienia się czy przez naszą wizytę ktoś nie zachoruje (covid). Bez sztucznych uśmiechów, niezręcznych życzeń.

Te święta były po naszemu. Były połączeniem dwóch tradycji wigilijnych (tych Marcina z domu i tych z mojego domu) z których wybraliśmy tylko to co nam obu odpowiada. Nie było kompotu z suszek/ wędzonych owoców, ale i nie było ziemniaków do wszystkiego. Nie było zupy rybnej, ale nie było też zupy fasolowej. Nie było karpia, ale był pstrąg i paluszki rybne i było duuuużo grzanek. Były też uszka z barszczykiem na wodzie z ugotowanej szynki, którą Marcin wędził z tatą podczas ostatniej wizyty w domu zrobionym z zakwasu który zrobili moi rodzice. Były pieczarki faszerowane grzybami z cebulką.

Święta była na luzie z grami, filmami i pracą (dyżur Marcina, podsumowanie roku na blogu). Po roku użytkowania tik-toka przyszedł czas na własne filmiki, a wszystko dzięki Samsung Galaxy S20 Ultra który ma zajebisty apart (mój poprzedni telefon to Huawei mate 20, którego także sobie bardzo chwaliłam (choć do dziś nie mogę prze-żałować, że się poskąpiliśmy i nie wzięliśmy pro- ale to raczej mój gadżeciarski głos się we mnie odzywa 🙃)).

Tegoroczne święta pomimo braku rodziny, pomimo braku śniegu, pomimo kłótni w dzień wigilii (no bo skoro wszystko już było gotowe, nie było co robić to było trzeba spełnić tradycję i się pokłócić) było idealnie.

 

Gdyby nie odległość to postawiłabym na taką wigilię co roku, a w kolejne dni świąt odwiedzanie bliskich. Owszem, troszkę było nam przykro, że dzieciaki nie miały w święta babć i dziadków, ale było video połączenie na messengerze, były telefony.

Prezenty były konkretne (thermomix był wspólnym prezentem, dzieciaki zabawki edukacyjne z Trefl, zabawki, które sobie sami wybrali, książki oraz zabawki dodatkowe).

Słodyczy pod choinką nikt nie znalazł- uważamy, że po co dawać pod choinkę skoro mogą leżeć na stole nie tylko w ten dzień ale i pozostałe dni by dzieciaki mogły się częstować (kiedy mają to przed nosem to nie jedzą tyle ile nagle dostaną jednorazowo).

 

 

 

 

Podsumowanie 2020

Podsumowanie 2020

Rok 2020 nie rozpieszczał naszej rodziny pod względem finansowym (covid- ucięte płace z konieczności brania 4 dni bezpłatnych w pracy w ciągu miesiąca) oraz zdrowotnym. Zostaliśmy też niejako odcięci od swobodnego odwiedzania rodziny (nie chcemy narażać bliskich). Zweryfikował w ogromnym stopniu nasze znajomości (to akurat ogromny plus). Pokazał, że potrafimy gospodarować naszymi finansami (szczególnie wtedy kiedy jest z nimi bardzo źle), aczkolwiek to nasi najbliżsi pokazali wtedy, że są naszym solidnym oparciem. Co prawda dopiero około kwietnia 2021 będziemy w stanie odkładać większą kwotę niż 100-200 zł miesięcznie,  ale jeszcze rok temu było tak źle, że w grudniu nie myśleliśmy o odłożeniu  pieniędzy, ale o tym od kogo pożyczyć żeby dożyć do wypłaty w styczniu.
Ten rok był ciężki także dla naszego małżeństwa. Dzieci na zdalnym, Marcin na home office, ja w domu pomiędzy dziećmi szkolnymi, przedszkolnymi,  Marcinem a w międzyczasie jeszcze pracą dodatkową. Miewaliśmy chwile w których oboje klneliśmy na tę sytuację  bo życie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu razem z przerwami jedynie na wyjście do sklepu jest… trudne. Każde z nas ma humorki, każde potrzebuje przestrzeni. Do tego dzieciaki, które delikatnie mówiąc nie ułatwiały nam zadania. Problemy z niższym budżetem, a rachunkami takimi samymi, moje problemy hormonalne, nasze zamartwianie się o bliską nam osobę,  czasem złość,  że nie możemy nic zrobić  dawały mieszankę wybuchową.
Mieszankę, która wybuchała.  Wybuchała  płaczem, śmiechem, krzykiem, fochem. W zależności od tego ile akurat się nazbierało.

Mniej więcej w okolicy kwietnia wyrobiłam sobie plan dnia. O wiele lepiej radziłam sobie z sytuacją kiedy dzieciaki dostawały zadania na maila i musiałam z nimi przerabiać temat sama. Miałam swój harmonogram dnia. Z czasem i dzieciaki się przyzwyczaiły (aktualne lekcje zdalne mi osobiście nie pasują- dzieciaki spędzają za dużo czasu przy laptopach na lekcjach, a w większości i tak ciągle przychodzą z prośbą o pomoc w zadaniu). Mój rytm dnia stał się jednostajny,  wiedziałam, że nie marnuje czasu, a co ważne spędzałam go dużo więcej z dziećmi. Kiedy już plan dnia był ok, my z Marcinem wytworzyliśmy system, żeby się nie pozabijać to zaczęły się moje problemy z hormonami. Mój organizm zaczął odrzucać antykoncepcję którą aktualnie stosowałam (za szybko występujące okresy trwające 16-18 dni), ale niestety dalej w to brnęłam. Brnęłam w to bo wolałam moje dolegliwości fizyczne od tych psychicznych kiedy nie stosowałam hormonów (jazda bez trzymanki- ze śmiechu do płaczu, z płaczu do „wypierd***j. Odchodzę. Z odchodzę do łóżka. Z łóżka do „kurwa dlaczego akurat nas to spotyka). Totalna huśtawka nastrojów. W końcu zrobiłam przerwę na miesiąc, ale w międzyczasie otrzymaliśmy wiadomość o poważnej chorobie która wystąpiła u bliskiej nam osoby co spowodowało kolejną lawinę moich zmiennych nastroi.  Zapadła decyzja. Robię badania, ale w międzyczasie stosuje antykoncepcję. Właściwie odpuściłam z nią dopiero pod koniec listopada kiedy skończył się kolejny cykl. Ginekolog umówiony na 2 stycznia, ale taki prawdziwy, nie na niby bo od marca do teraz wszystkie wizyty były jako teleporady.

 

W połowie lutego przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Płacimy więcej, ale warunki dużo lepsze. Brak upierdliwej sąsiadki, której wszystko przeszkadza, taras, lepszy rozkład mieszkania. Czujemy się tu bezpiecznie, spokojnie, dodatkowo w czasie kwarantanny taras mega pomógł (niestety zwierząt do wyprowadzania nie mamy, a po za tym niech mówią co chcą. U Marcina w pracy niedawno zmarł jeden człowiek z powodu covida. Znajomy moich rodziców, którego znam od kiedy pamiętam  niestety znalazł się w szpitalu. Dla nas covid to nie zabawa).

Nasz dziubek (najmłodszy syn) w przedszkolu w tym roku był może miesiąc. Z jego słabą odpornością (z którą od początku mieliśmy problemy) ciągle coś łapie i wiemy. Po prostu wiemy, że jeśli zachorujemy na covid to właśnie on najciężej przejdzie… (chociaż nie wiadomo czy nie przeszliśmy tego już na przełomie 2019/2020 biorąc pod uwagę nasze chorowanie wtedy, objawy i delegacje Marcina). Pomimo, że nie uczęszcza do przedszkola nadal bardzo szybko i ładnie się uczy. Lubi uczyć się literek i cyferek. Zauważyliśmy, że bardzo zżył się z naszą najstarszą Magdaleną. Bierze przykład z niej co bardzo nas cieszy. Magdalena zaczęła przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Była to jej decyzja. Daliśmy jej wybór. Jeśli powiedziałaby, że nie chce to zaakceptowalibyśmy to.  Młoda tego roku także dojrzała, aczkolwiek doszły do tego humorki. Daniel moim zdaniem zrobił ogromne postępy w nauce, czytaniu z którym miał problem, a Niunia… jak to Niunia. Czasem foch, czasem foch z przytupem, aczkolwiek poznała literki i bardzo lubi ćwiczyć czytanie.

 

Ten rok bardzo nas do siebie zbliżył, pokazał jak ważna jest rodzina i pozwolił na powiedzenie słów które wcześniej nie padły, a były potrzebne. Finansowo stanęliśmy na nogi i teraz będzie/musi już być tylko z górki.

 

Pomimo, że rok do najłatwiejszych nie należał to otworzył nam oczy i wiemy, że kolejny, a później następny będą już tylko lepsze bo… mamy siebie.

 

 

 

Życzymy wszystkim szczęśliwego nowego roku.

Braku problemów

Wiele miłości

Zdrowia

Pomyślności

 

Listopad 2020- 20 zł na dzień

Listopad 2020- 20 zł na dzień

Na początku muszę powiedzieć, że wcześniejsze miesiące były kończone ze stanem konta na minus 1000 zł i więcej- pożyczki od rodziny czy znajomych. W tę pożyczaną kwotę wchodziło „na życie” od około 25 dnia miesiąca do około 10 dnia kolejnego miesiąca, ale także inne opłaty. To tak jakbyśmy cały czas byli do tyłu z jakąś płatnością.

Listopad przyniósł nam jednak rozwiązanie którego nikt się nie spodziewał.

Dzięki temu za listopad jesteśmy na minusie „tylko” 380 zł które pożyczyłam od rodziny. Pomijając te 380 zł, które muszę oddać z funduszy na grudzień (chociaż 380 zł, a około 1500 zł to ogromna różnica) udało nam się zaoszczędzić kwotę 73,80 zł. Nie dużo, ale udało się. Jak? Każdego wieczora nie wykorzystaną kwotę, która była przeznaczona na ten dzień odkładałam. Czasem to było 2 zł, 0,30 gr, ale bywało i 7 zł. W połowie miesiąca miałam już odłożoną kwotę za którą mogłam wykupić swój lek ( 60 zł) w aptece. Czyli na dobrą sprawę ta odłożona kwota byłaby wyższa o 60 zł.

Dzięki kwocie którą udało mi się odłożyć mieliśmy pieniądze, które przeznaczyliśmy na paliwo w zeszły weekend kiedy musieliśmy pojechać do domu, bez dużego naginania budżetu w danym miesiącu (na paliwo musieliśmy dołożyć 150 zł  do tych prawie 80 zł, które udało się odłożyć).

Po opłaceniu mieszkania, rachunków, ubezpieczenia, rat, zajęć dodatkowych dzieci, oddaniu pożyczonych pieniędzy w październiku zostało nam na życie 600 zł z groszami. Od 16 listopada to było już 480 zł. Tygodniowo mieliśmy kwotę 150 zł.

 

Za 150 zł tygodniowo spokojnie, bez problemu da się przeżyć w 6 osobowej rodzinie. Od razu żeby sprawa była jasna. Około 50-60 zł w ciągu tego miesiąca poszło na przyjemności. Kto nigdy nie kupił czekolady, paluszków, coli czy czegokolwiek innego do domu, czy „bo dziecko” chciało- jest podejrzany 🙂 W kwocie 20 zł dziennie były kupowane owoce, chleb, warzywa, czasem masło, i inne bieżące potrzeby. Mięso w większości miałam zamrożone, ale na promocji na karkówkę, boczek, schab czy skrzydełka wydaliśmy około 70 zł (tylko tyle, bo mieliśmy jeszcze zapasy w zamrażarce). Większość z tych 20 zł szła na pieczywo i warzywa do obiadu oraz owoce.

 

Patrząc na listopad zastanawiam jakim cudem nigdy nie mogliśmy się zmieścić w kwocie jaką mieliśmy do dyspozycji. Odpowiedź jest prosta. Uzależniłam się od dodatkowych funduszy (które i tak musiałam oddać, ale jednak były w danym czasie) takie życie na kredyt, ale zamiast w banku to u znajomych, rodziny. Teraz już wiem, że było to kompletnie nie potrzebne. Oczywiście zawsze ciężko spłacić coś nie mając oszczędności i zaraz, w tym samym miesiącu znów nie pożyczyć. Szczęśliwie nam się udało i teraz wiem, że jeśli będę musiała pożyczyć od kogoś pieniądze to tylko w ostateczności.

 

Na grudzień odblokowało mi się 350 zł (spłacone do końca raty), które mogę przełożyć na zwiększenie innej płatności lub po prostu przyjemności.  Nie muszę oddawać nikomu ponad tysiąca złotych. Mogę skupić się na spłacie innych zobowiązań i tym sposobem w grudniu nasza kwota na dzień wzrasta. Nie jakoś dużo, ale zauważalnie.

Podsumowanie:

Na życie całość: 600zł

Na życie tygodniowo: 150 zł

Na życie dziennie: 20 zł

odłożone z kwoty 20 zł na dzień po miesiącu:    73,80 zł

 

Nie odczuliśmy żeby czegokolwiek nam brakowało. W międzyczasie kupiliśmy także klocki dla dzieciaków i inne drobiazgi.

 

Największa kwota została wydana na warzywa i owoce 150 zł, druga z kolei na pieczywo (chleby, bułki, pączki)- 110 zł (pieczenie bułek samemu wychodzi taniej 🙂 )

Listopad zaliczam do udanych miesięcy pod względem finansowym.

 

Nasze menu było różnorodne, niczego nam nie brakło. Mieliśmy także na drobne przyjemności oraz klocki dla dzieci. Nie kupowaliśmy najtańszego jedzenia, byle by przeżyć. Wolimy kupić po regularnej cenie, niż jeździć po sklepach w czasach pandemii tym bardziej, że da się żyć, jeść, sprzątać, odłożyć i mieć na drobne przyjemności dysponując kwotą 600-700 zł. Jedyne promocje jakie nas interesowały to te w Lidlu bo to właśnie tam robimy zakupy- bez zbędnego jeżdżenia po sklepach.

Nie trzeba sobie wszystkiego odmawiać, nie trzeba wybierać co kupić. Wystarczy umieć policzyć co się bardziej opłaca- jeżdżenie na promocje i dodatkowo tankowanie samochodu czy kupić kilka/kilkanaście groszy drożej, ale nie musieć tankować. Kupić za jednym zamachem w promocji więcej produktu czy jeździć co kilka dni po dany produkt raz w promocji, raz w przecenie, a innym razem w regularnej cenie.

 

Oczywiście z każdym miesiącem nasza kwota będzie się zwiększać (dopiero jakoś w czerwcu się ustabilizuje) i będziemy mieli większy luz w funduszach, ale już teraz po tym miesiącu śmiało mogę powiedzieć, że jak się chce to się da nie odczuwając tego.

W tym tygodniu wrzucimy post z naszym przykładowym menu tygodniowym.

Planujemy także zrobić listę zakupów świątecznych (święta spędzamy we Wrocławiu) wraz z kwotą jaką wydaliśmy i tu już wiem, że najdrożej bo 100 zł wyjdzie nas choinka.

 

 


W miesiącu grudniu po odłożeniu od razu 300 zł na święta, opłaceniu rachunków, zajęć dodatkowych, rat i oddaniu rodzicom zostaje nam już po 31  zł na dzień- czyli już o 11 zł więcej niż w listopadzie.

Jak poradziliśmy sobie w grudniu?

Ile udało nam się odłożyć?

Na co najwięcej wydawaliśmy?