Autor: Klaudia i Marcin

Wrzesień- gorzej być nie mogło, a jednak wyszło dobrze.

Wrzesień- gorzej być nie mogło, a jednak wyszło dobrze.

Wrzesień- chyba każda osoba posiadająca dziecko wie z czym równa się początek roku szkolnego.

🚸ubezpieczenie

🚸 składka roczna/ półroczna

🚸komitet      Tutaj ważne info- ta płatność nie jest już obowiązkowa w szkołach i przedszkolach!

🚸przybory szkolne

🚸zajęcia dodatkowe

🚸buty na zmianę

🚸itd

W naszym przypadku to wydatek razy cztery.

Szczęście w nieszczęściu, że szkolne zakupy w tym roku zaczęłam już w czerwcu (znalazłam świetne promocje na allegro) oraz że zawsze mogę liczyć na najbliższych (za co jesteśmy im ogromnie wdzięczni i mamy nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas kiedy będziemy mogli się odwdzięczyć), ponieważ wyszła dość przykra sprawa w naszej sferze finansowej. Dużo niższy dochód. Dla niektórych kwota jaką musieliśmy odjąć od budżetu jest niczym, ale dla nas we wrześniu dana kwota zostaje nam na życie (żywność, leki, nieprzewidziane wydatki). Tym razem jej nie mieliśmy, aczkolwiek nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i piszemy to kiedy do końca miesiąca- do kolejnych środków na koncie zostały jeszcze całe dwa tygodnie! Początkowo sytuacja wydawała się patowa. Wszelkie obliczenia wskazywały, że w miesiącu wrzesień po opłaceniu wszystkiego oraz zapewnieniu dzieciom wszystkiego co potrzebują w nowym roku szkolnym zostaje nam, a raczej nie zostaje kwota na minusie- czyli na życie nic nie zostało, a było trzeba jeszcze wybrać co jest ważniejsze i pilniejsze do opłacenia. Sprawa była tak poważna, że nie potrafiliśmy się z Marcinem dogadać, wręcz zastanawialiśmy się nad rozstaniem ponieważ padło kilka słów za dużo, nie mogliśmy znieść swojej obecności i w ogóle maskara – jak uwielbiamy się kłócić (tutaj muszę zaznaczyć, że nie jestem osobą która myśli i mówi, ale wpierw mówię a dopiero później myślę. Jestem połączeniem wody i ognia. Oaza spokoju, a zarazem diabeł wcielony), a później godzić, jak nasze kłótnie normalnie są mega intensywne (mniej więcej tak jakby przechodziła burza w górach), tak tym razem to było jak burza lodowa, ogniowa, piaskowa i śnieżna razem wzięte. Oczywiście jak to u nas bywa kilka dni później jesteśmy już znów najszczęśliwsza parą pod słońcem i wiemy, że RAZEM poradzimy sobie ze wszystkim bo najważniejsze to mieć sojusznika, ale i przyjaciela w drugiej połówce.

Jak sobie poradziliśmy, że dziś jesteśmy spokojni, a nawet spokojniejsi niż miesiąc wcześniej, że zamrażarkę mamy pełną (dosłownie- NIC, absolutnie nic już w niej nie upchnę), składki w szkole i przedszkolu opłacone? Bardzo prosto. Jeśli masz lub kiedyś będziesz mieć problem podobny do naszego te punkty niżej są dla ciebie. Pomyśl czy nie dasz rady skorzystać z jednej z tych rad.

1. Najbliżsi- może będą w stanie pomóc? Nie wstydź się prosić- każdemu może się noga powinąć.

2. Ponowne przeliczenie wydatków.  U nas po kolejnym, spokojnym przeliczeniu wyszło, że pomyliłam się o 100zł w rachunkach więc jesteśmy 100zł do przodu.

3.Rozdzielenie opłat na:

*najważniejsze

*ważne

*mogą poczekać do kolejnego miesiąca. Pamiętaj, żeby zawsze przeliczyć czy nie obciążą zbyt mocno budżetu na kolejny miesiąc!

4. Jesteśmy na 100% pewni, że masz w domu coś czego nie używasz, a można to sprzedać i uzyskać dodatkowe środki. W ten sposób zyskaliśmy dodatkowe 600zł.

5. Korzystaj z promocji. Moja zamrażarka jest pełna ponieważ odkryłam, że w moim Lidlu co rano mięso jest -50%. Tym sposobem np. za filety z kurczaka płaciłam 8zł/kg

6. Nie załamuj się! Nie ma sytuacji bez wyjścia!

7. Nie marnuj! Ze suchego chleba można zrobić grzanki (które nasze dzieciaki jedzą jak chipsy 😂 ).

W naszym wspólnym życiu mieliśmy kilka poważnych upadków finansowych- z tego powodu zresztą zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Dlaczego? Wiedząc ile zarabiają informatycy to ileż czasu można było znosić, że w naszych rejonach wtedy informatyk zarobił najniższą krajową? Pierwsza praca Marcina we Wrocławiu, na gorszym stanowisku od tego jakie pełnił u nas  równała się 3 tysiące więcej miesięcznie. Marcin mógł się w końcu rozwinąć, praca na miejscu więc i łatwiej było zgrać jego pracę z moją (wcześniej same dojazdy zajmowały prawie godzinę w jedną stronę). Po około 3 miesiącach od przeprowadzki nastąpił przełomowy moment. Marcina zatrudnili w dużej firmie. Od tego czasu systematycznie nasza sytuacja finansowa się poprawia, Marcin krąży po świecie, a przy okazji poznaliśmy super chłopaków co znaczy, że grono moich znajomych którzy mają związek z informatyką powiększyło się o kolejne kilka osób. Taki mój fart w życiu, że 3/4 moich znajomych to… informatycy   👨‍💻

Bywało różnie, bardzo różnie, ale zawsze mieliśmy siebie. Byliśmy wsparciem dla siebie. Bywały chwile gdy musieliśmy się pozbyć resztek wstydu i pójść do sklepu po chleb „na zeszyt”, wtedy najmłodszy potrzebował mleka modyfikowanego w dodatku nie zwykłego, ale specjalistycznego dla dzieci ulewających. Mała puszka kosztowała tyle co duża paczka zwykłego MM. Spore sumy szły także na paliwo ponieważ młody jako wcześniak (dodatkowo taki który na wadze słabo przybierał ponieważ co wypił to zwrócił) był pod opieką kilku poradni specjalistycznych.  Zawsze rozwiązujemy problemy razem. Kiedy próbujemy działać osobno zawsze coś się spier**** więc pamiętaj, że wsparcie jest ogromnie ważne. Jeśli nie masz tego wsparcia w bliskiej Ci osobie to zapraszam na grupę  LEPSZE ŻYCIE  na Facebooku, którą prowadzi  Aga z bloga Rodzina na Kredyt Aga napisała także 2 e-booki dotyczące finansów, długów i oszczędzania. Pierwszy to „Inwestycja w Lepsze Życie” a drugi „Pomimo wszystko” który trafi do sprzedaży 27.09.2020

 

 

 

Zakupowe hity część 2

Zakupowe hity część 2

1. Trzykrotka

Rośliny domowe, na parapet w mieszkaniu u mnie kompletnie nie zdają egzaminu. Wszystko usycha. Dosłownie po miesiącu, dwóch moje piękne roślinki stają się po prostu badylami lub w doniczkach zostaje… sama ziemia 🤦‍♀️ W całej mojej karierze w hodowaniu roślin tylko jedna żyła ponad 4 lata w dodatku udało mi się ją rozmnożyć.

Trzykrotka. Kupiona w Auchanie. Piękna kula zwisających łodyg z liśćmi zielono fioletowymi. Przeżyła warunki górskie (zostawiona niechcąco na dworze, a tu nagle jak to w górach bywa we wrześniu/październiku zrobiło się chłodniej i oczywiście ni stąd ni zowąd w nocy przymrozek). Przeżyła. Postawiona nad grzejnikiem- przeżyła. Przeprowadzka 300 km, nowe miejsce- przeżyła. Nie podlewana miesiąc? Przeżyła. Umarła śmiercią powolną po kolejnej przeprowadzce kiedy to zapomniałam, że ją postawiłam u dzieci w pokoju i tak sobie tam walczyła o życie przez… od lutego do sierpnia. W lipcu kiedy ją zauważyłam miała jeszcze jedną ostatnią żywą łodygę. Niestety próba odratowania jej nie wyszła, aczkolwiek to roślina która wytrzymała ze mną prawie tak długo jak mój osobisty mąż (musiała mieć dużą cierpliwość). Żaden kaktus czy inne rośliny tyle ze mną nie dały rady. Jeśli znów kiedyś zachce mi się zielonego w domu to tylko i wyłącznie trzykrotka.

 

    2. Koce z Tesco

Pewnej zimy, przed świętami pojechaliśmy do Tesco na zakupy- wyprawa jak mało która bo… bez dzieci i na duże zakupy (w tamtych czasach nie zdarzało się to często ponieważ ja bez prawka, Marcin pracujący jako technik/serwisant często w domu bywał bardzo późno, a mieszkaliśmy prawie tam gdzie diabeł mówi dobranoc, dodatkowo jaka to przyjemność zakupy z dziećmi?).  Wracając do meritum. Okazało się, że w Tesco są PROMOCJE przedświąteczne- no jak nie skorzystać? Tym sposobem wynalazłam koc, a właściwie koce. Przecenione z 60 zł na 20 zł. Duże, mięciutkie w kolorze brązowym, czerwonym i pomarańczowym (w późniejszym czasie były także białe, ale białe szybko się brudzi i w ogóle nie lubię tego koloru, to nie jest kolor który sprawdza się przy małych dzieciach). Wtedy za pierwszym razem kupiłam dwa koce. W późniejszym czasie dokupiłam jeszcze dwa, a kilka kupiłam jako prezenty. Koce mają już prawie 6 lat i do dziś nam służą. Dzieciaki często zamiast pod kołdrą śpią pod kocami. Wieczorami kiedy siedzimy z Marcinem korzystamy z tych koców. Kładziemy na krzesło przed komputerem bo są mięciutkie (tak- pisząc to moje cztery litery stykają się właśnie z tym mięciutkim pluszem). Najmłodszy od początku przy tych kocach teraz bez niech ciężko mu zasnąć. Koce te są dobre na każdą chwilę. Otulają w chłodne dni, usypiają dzieci.

 

3. Różowy polar i czapka

Jak pewnie wszyscy wiecie są takie ciuchy, które po prostu się uwielbia i nosi choćby nie pasowało do sytuacji. Tak właśnie było z moim polarem. Był idealny do siedzenia wieczorem, do założenia rano kiedy w domu pizgało bo w nocy w piecu zgasło, do ubrania go na siebie kiedy przy -20°C było trzeba pójść rozpalić/dołożyć do pieca. Kiedy było trzeba do sklepu jechać, ale po co kurtkę zakładać do samochodu. Kiedy umierało się przy zapaleniu płuc, ale do pieca trzeba było chodzić. Kupiłam go w chińskim markecie za 30 zł, służył mi nieprzerwanie przez 3 lata. Wyrzuciłam go z ciężkim sercem dopiero gdy zamek już nie działał, a rękawy nabrały kolorów takich, że choćbym codziennie prała to wyglądały jakby ciuch nigdy nie widział wody i proszku czyli przed przeprowadzką do Wrocławia. Myśląc o nim robi mi się ciepło na sercu- to ile ten polar widział, ile ze mną przeżył… Ach…

Czapka. Jedyna którą akceptuję (ta zdjęcia wyżej) kupiona za grosze kilka lat temu, służąca mi z powodzeniem zimą w górach, zimą w Warszawie, zimą nad morzem, a także zimą we Wrocławiu. W zeszłym roku Magdalena sobie ją przywłaszczyła, a ja zostałam bez czapki- dosłownie. Innej nie założę i koniec.

 

Nowy rok szkolny w czasach Covid19- dwa tygodnie minęły.

Nowy rok szkolny w czasach Covid19- dwa tygodnie minęły.

Szkoła

Organizacja w naszej szkole w czasie Covid19 jest chyba podobna jak we wszystkich placówkach. Na wejściu dzieci dezynfekują dłonie. Rodzice nie są wpuszczani do szkoły chyba, że w sprawie jakichś załatwień (w takiej sytuacji byłam ja 1 września). Rodzice niestety żyją chyba w jakieś mydlanej bańce bo to, ile osób w  grupach, bez zachowania jakiejkolwiek odległości rozmawiało i czekało na dzieci pod szkołą było nie do przyjęcia.  Wracając do samej szkoły. Plus za dezynfekcję na wejściu. Minus dla jednej z pracownic szkoły chodzącej bez maseczki (przynajmniej 1 września), chociaż jestem w stanie ją zrozumieć ponieważ ciągle latała w te i z powrotem dezynfekując powierzchnie- troszkę rozumiem, że ściągnęła maseczkę. Sama odwalając taką robotę jak ona zastanawiałabym się na tym, aczkolwiek jeśli wie, że w szkole był w tym czasie potwierdzony przypadek (no chyba, że nie wiedziała co byłoby dziwne jeśli nawet rodzice się o tym dowiedzieli- nieoficjalnie. Oficjalnie dowiedzielibyśmy się chyba dopiero gdyby cała placówka miała potwierdzony test… o ile w ogóle byśmy się dowiedzieli) to wydaje mi się, że powinna jednak chodzić w tej maseczce. Druga sprawa dotycząca maseczek to fakt, że rodzicom na wejściu, czy wypisującym dokumenty na stoliku przy wejściu w obecności pracownika szkoły nikt nie zwrócił uwagi na temat źle założonej maseczki (pod nosem). Oprócz tego jednego rodzica z maseczką pod nosem, zdążyłam zauważyć tylko JEDNEGO pracownika także z maseczką pod nosem. Uważam, że ten wynik jest bardzo dobry biorąc pod uwagę ilość pracowników szkoły.

U syna w klasie nie ma żadnego problemu- dzieci mogą przebywać na lekcjach w maseczkach. Syn się nie skarżył, że Pani kazała ściągnąć. U córki sprawa wygląda podobnie, aczkolwiek nie tak dobrze jak u syna.

Tutaj muszę podkreślić, że moje dzieci podchodzą bardzo odpowiedzialnie do sytuacji. Od początku epidemii byli informowani o zagrożeniu jakie za sobą niesie koronawirus i mam czasem wrażenie, że łatwiej dziecku wytłumaczyć jak się nosi maseczki, jak dbać o swoje i innych bezpieczeństwo niż drugiemu dorosłemu. Co prawda nikomu nie życzę zachorowania i ciężkiego przebiegu, aczkolwiek z chęcią wysłałabym niektóre osoby do pracy w szpitalach przy ludziach chorych na Covid19.

Liczebność klas się nie zmieniła, obiady dzieci jedzą dopiero po lekcjach- najprawdopodobniej każda klasa osobno. W tym roku moje dzieciaki nie będą korzystać ze świetlicy. Oboje- Daniel i Magdalena wracają po zajęciach do domu. Początkowo były zapisane na obiady, ale zrezygnowaliśmy skoro obiady jedzą po lekcjach, a i tak muszą jeszcze na wejście do stołówki czekać to uważam za bezsensowne płacić za obiady w szkole skoro ja i tak gotuję w domu, a dzieci zjedzą ten obiad właściwie w tym samym czasie co zjadłyby w szkole z tym, że w domu w bezpieczniejszych warunkach.

Co dzieci mówią o szkole na nowych zasadach?

Magdalena:

„Nie fajne jest, że w klasie można ściągać maseczki, a na korytarzu trzeba mieć ubrane. Nie możemy się witać ze sobą podając sobie dłonie. Witamy się łokciami. Możemy wychodzić na przerwach na korytarz, ale ja wolę być w klasie. Nie wolno nam się dzielić jedzeniem ani przyborami szkolnymi. Z domu możemy przynosić tylko rzeczy łatwe do zdezynfekowania. Niezbyt podobają mi się nowe zasady, ale wiem że muszę je przestrzegać dla mamy i taty, rodzeństwa, siebie i innych ludzi.”

Daniel:

„Fajnie jest w klasie. Można się bawić klockami i gierkami, ale nudno jest na korytarzu i prawie w ogóle nie wychodzę. Musimy nosić maseczki na korytarzu, a w klasie możemy, ale nie musimy. Myjemy ręce. W szkole jest nudno.”

 

Reasumując szkoła na pewno stosuje się do wiekszości zaleceń odgórnych, dzieci to akceptują, a rodzice mają w dupie koronawirusa (patrząc na to co działo się pod szkołą 1 września).

Oczywiście przez pierwszy tydzień był niezły burdel dotyczący świetlicy, a raczej faktu, że była zamknięta. Sprawę ratowały wychowawczynie dzieci, które moim zdaniem dają z siebie wszystko i codziennie widziałam, że młody nie wyszedł ze szkoły ot tak, a wychowawczyni widziała moją zgodę. Wystarczy jej jeden podpis pod moją informacją i od razu wiem, że jest zainteresowana tym dzieckiem.

Właściwie wszystkie dokumenty w szkole i przedszkolu drukujemy w domu, wypisujemy i odsyłam scan. Za to ogromny plus- w końcu nie trzeba latać do szkoły z bzdetami i wszystko da się ogarnąć online.

 

Przedszkole

 

Z początku uznaliśmy, że nie będziemy pisać o przedszkolu, ale… ono samo w sobie zasługuje żeby tu się znaleźć i to nie dlatego, że jest źle a wręcz przeciwnie. Jest BARDZO DOBRZE. Fakt faktem nasz najmłodszy pochodził tylko tydzień po czym został w domu z katarem i kaszlem, ale w dalszym ciągu nasza 6latka uczęszcza i sobie chwali. Wychodzą na podwórko, uczą się i wydaje nam się, że nauczyciele w przedszkolu starają się dzieciom zapewnić w miarę (na ile to możliwy w czasach Covid-19) normalny pobyt w tym przedszkolu. My, rodzice nie możemy wchodzić do przedszkola. Panie woźne odbierają dzieci od nas rano, a popołudniu dzieci są sprowadzane do rodziców. Nie ma zebrań- wszelkie informacje są przekazywane mailowo. Nie ma żadnego problemu na lini nauczyciel-rodzic. Kontakt mailowy jest na bieżąco.

 

Napijmy się- zakupowe kity część 1

Napijmy się- zakupowe kity część 1

Niedawno opublikowaliśmy wpis o naszych zakupowych hitach w którym pisaliśmy o rzeczach, które bardzo ułatwiły i usprawniły nam życie rodzinne. Niniejszy wpis będzie przeciwieństwem tamtego. W tym wpisie dowiecie się co okazało się totalnym fiaskiem zakupowym.

  1. Podczas pisania postu o zakupowych hitach napisaliśmy o pralko-suszarce jako hicie, aczkolwiek zaznaczyliśmy, że hitem jest sam fakt posiadania tego sprzętu, a nie dany sprzęt który aktualnie posiadamy. Niestety była to nasza pierwsza pralko-suszarka, niezbyt wiedzieliśmy czym się kierować i kupiliśmy sprzęt marki Beko, co było błędem który będziemy sobie wyrzucać jeszcze przez długie lata. Niestety dany model nie posiada jakiejś osłonki która chroniłaby grzałkę przed łapaniem kurzu, „śmiatków” przez co grzałka nie grzeje tak jak powinna i średnio raz na miesiąc mamy serwisanta, który czyści sprzęt bądź wymienia grzałkę- duży plus, że zawsze przy droższych sprzętach inwestujemy także w ubezpieczenie. Teraz już wiemy na co zwracać uwagę kiedy nasza pralko-suszarka wyzionie ducha i będziemy rozglądać się za nową.
  2. Jako, że Marcin jest takim typowym graczem ( World of Warcraft, World of  Tanks, Battlefield czy Countre-Strike itd), a ja także lubię się zrelaksować i pograć z mężem potrzebujemy dobrego sprzętu komputerowego. Nasze klawiatury, myszki są mocno eksploatowane dlatego zazwyczaj przy kupnie patrzymy na ich jakość, ale… Kiedy myszka się popsuje, hajsu nie ma a wieczorem rajd trzeba kupić coś na szybko. Tym sposobem kupiliśmy raz cały zestaw- słuchawki, myszka oraz klawiatura- wytrzymały niecały tydzień i to nie jest tak, że jak boss nie padnie albo nasz czołg zostanie zniszczony rzucamy sprzętem o ścianę, co to to nie. Słabej jakości produkty w zestawach są zazwyczaj w zajebistych cenach o czym przekonaliśmy się już niejednokrotnie i teraz jeśli inwestujemy w myszkę, klawiaturę lub słuchawki to wybieramy te lepszej jakości.
  3. Foteliki samochodowe to temat rzeka. My już wiemy, że żeby kupić dobrej jakości, bezpieczny, dopasowany do dziecka jak i do samochodu fotelik trzeba udać się do 8 gwiazdek Przyznajemy się bez bicia, że na początku nasze dzieciaki jeździły w byle szajsie z marketu lub na tak zwanych poddupnikach- wynikało to z naszej niewiedzy. Do kitów zaliczamy wszelkie gówniane foteliki z marketów, które kupiliśmy naszym dzieciom. Teraz oczywistym jest, że dzieciaki mają porządne foteliki i na takich dobrej jakości, bezpiecznych będą jeździć jeszcze długi czas.

4. Kolejna nasza zakupowa wpadka to łózko piętrowe kupione poprzez OLX. Nie powiem, łóżko po odnowieniu do dziś się świetnie sprawuje, ale przez długi czas za każdym razem jak weszłam   do pokoju dzieci zastanawiałam się czy jakiś sąsiad pali pod oknem czy o co chodzi. Po dłuższym czasie zorientowaliśmy się, że to łóżko jest tak mocno nasiąknięte dymem tytoniowym, że wystarczy na 15 minut zamknąć drzwi do pokoju i jak się wejdzie to po protu w pokoju śmierdzi papierosami.

 

Zakupowe hity część 1

Zakupowe hity część 1

Każdy z nas kiedyś kupił sprzęt, ubranie, buty, żywność które absolutnie nie zdały egzaminu jak i takie które okazały się mega hitem zakupowym lub czymś bez czego nie wyobrażamy sobie już życia. najczęściej są to sprzęty, które ułatwiają życie, skracają czas pracy lub po prostu bardzo szybko się je przyrządza.

Cykl naszych zakupowych hitów i kitów zacznę od tych pierwszych.

Jak wiadomo jesteśmy rodziną wielodzietną i jest wiele rzeczy, które ułatwia nam funkcjonowanie jedną z nich, a chyba najważniejszą którą posiadamy od około roku jest pralko-suszarka. Przed zakupem jakoś sobie radziliśmy z praniem. Jakoś to znaczy, że w zimie brudne ciuchy mi po prostu zalegały, bo najzwyczajniej w świecie nie miałam gdzie wywiesić czystych ubrań wyciągniętych z pralki. W naszym przypadku średnio robimy 2 prania dziennie.  Kiedy kupiliśmy suszarkę nasz problem się skończył  (prawie- bo czasem jak posprzątają spod łóżek to mam 4 pralki do zrobienia 😂), teraz włączam pranie z suszeniem i mam ciuchy gotowe do włożenia do szafy. Oczywiście jako, że to nasza pierwsza pralko-suszarka nie do końca wiedzieliśmy co brać dlatego już po pół roku używania mamy serwisanta co najmniej raz w miesiącu w domu (w części o kitach napiszemy co to za sprzęt i skąd ciągłe wizyty serwisanta, aczkolwiek nigdy nikomu nie polecę modelu który my posiadamy).

 

Kolejnym zakupem który okazał się strzałem w dziesiątkę była krajalnica. Ser, wędliny, pieczywo zawsze kupowaliśmy krojone co wiązało się z tym, że żywność szybciej schła. Często też zdarzało się, że pomimo prośby o cienko pokrojoną wędlinę (moje dzieciaki nie zjedzą grubego plastra szynki) była ona pokrojona w grube plastry, często byle jak. Jako, że moje dzieciaki nie zjedzą takiej wędliny była ona do wyrzucenia leżąc w lodówce i czekając aż Marcin wszystko zje (wiecie jak to jest- tata dojada 😂🙃). Teraz kroimy według własnych upodobań i naprawdę bardzo rzadko się zdarzy, że coś zostaje i trzeba wyrzucić.

 

Garnek z marmurową powłoką co prawda to nie zakup, a prezent sprzed dobrych kilku lat, ale jest mega uniwersalny i właściwie do wszystkiego używany. pieczemy w nim mięso, smażymy placki ziemniaczane i naleśniki, gotujemy rosół, dusimy mięso na gulasz, ostatnio robiliśmy w niż dżem. Sprawdza się też jako miska do wyrabiania ciasta. Cud nie garnek.

    

 

Nóż.

Kiedyś na promocji w jakimś markecie Marcin kupił duży nóż. Jest on niezniszczalny. Pokroi wszystko, a i w deskę wbije się jak żaden inny. Nóż ten jest marki no-name i nawet nie pamiętam gdzie był kupiony, ale żałuję że kupiliśmy wtedy tylko jeden.

 

Rolki.

Będąc nastolatką miałam rolki, uwielbiałam na nich jeździć. Najprawdopodobniej przekazałam w genach miłość do rolek mojej najstarszej córce. Wpierw jeździła na wrotkach, później gdzieś na promocji kupiłam jej rolki z prawdziwego zdarzenia. Nauczyła się w nich jeździć lepiej ode mnie. Ja sama miałam rolki z Decathlonu firmy OXELO i wiem, że są to naprawdę świetne rolki do jazdy dlatego na 10 urodziny dostała konkretne roki tej firmy plus cały zestaw ochraniaczy i kasku. Nigdy chyba nie zamienię rolek tej firmy na inne.

 

Gra: Mistrzowskie karty. Pytania i odpowiedzi- ciało człowieka, kosmos oraz zwierzęta pod ochroną.

Dzieciaki to uwielbiają. Jak jest tylko okazja to gramy. Fajna zabawa i nauka w jednym.

 

Dżem jabłkowo morelowy

Dżem jabłkowo morelowy

W ostatnich dniach zrobiliśmy na próbę dżem z jabłek i moreli. Wyszedł przepyszny, lekko kwaskawy (to nie tylko nasza opinia), a co najważniejsze bez zbędnych dodatków. Składniki naszego dżemu są tylko trzy- jabłka, morele i cukier. Poniższy przepis to ilość składników na około 7 słoików 300ml. Co do ilości cukru- tutaj można eksperymentować. My nie lubimy bardzo słodkich deserów. Wolimy te z nutą kwaskowatości, dlatego uważamy, że ilość cukru to kwestia indywidualna.

✅3 kg jabłek ( w naszym przypadku były to papierówki

✅0,5 kg moreli

✅0,4 kg cukru

 

Jabłka oraz morele kroimy w ćwiartki (pokrojone można ewentualnie lekko potraktować blenderem). Wrzucamy do rondla, zasypujemy szklanką cukru i dusimy na małym ogniu od czasu do czasu mieszając (pilnując by się nie przypaliło, nie przywarło do dna). Kiedy konsystencja  naszych owoców zacznie przypominać dżem (papka) zasypujemy szklanką cukru i gotujemy do czasu zagotowania się dżemu. Gotujący się dżem przekładamy (ostrożnie bo słoiki będą gorące od produktu) do słoików i zakręcamy.

Smacznego

Leczo

Leczo

Dziś przedstawiamy nasz przepis na leczo w ilości 6.0L garnka.
Składniki:
✅2 cukinie
✅6 sztuk papryki czerwonej
✅1 sztuka papryki żółtej*
✅1 sztuka papryki zielonej*
✅4 sztuki cebuli
✅10 sztuk pomidorów
✅1 sztuka ostrej papryczki(podłużna)
✅przyprawy:
➡ sól
➡pieprz
➡papryka słodka

*paprykę żółtą, zieloną spokojnie można zastąpić zwykłą czerwoną

Nie podaje ilości przypraw bo to jest sprawa indywidualna. Co kto lubi.
Całą paprykę kroję w kostkę, to samo robię z cukinią. Pokrojone wrzucamy do garnka, nalewamy wody (wystarczy tyle, żeby się nie przypaliło) i możemy włączyć. Cebulę kroimy w piórka, a pomidory w ćwiartki i dorzucamy do papryki.
Wsypujemy przyprawy i wszystko mieszamy. Zalewamy wodą, (ale pamiętamy, że warzywa także puszczą wodę). Następnie przykrywamy i gotujemy.
Ja gotuję do czasu gdy warzywa są mocno rozgotowane. W międzyczasie jeśli widzę, że jest zbyt wodniste podnoszę pokrywkę i gotuję bez przykrycia.
Na końcu jeśli kolor mi nie pasuje to wsypuje jeszcze troszkę papryki czerwonej w proszku. Czekam aż się zagotuje i gotowe.
Przepis banalny, dzieciom bardzo smakowało. Mam nadzieję, że wykorzystacie. Przygotowanie to około 20 minut by wszystko skroić, a później samo się gotuje.
Smacznego

 

Jak zaoszczędzić

Jak zaoszczędzić

Kilka dni temu wrzuciłam na Instagram zdjęcie dżemu własnej roboty z informacją, że to dobry sposób na oszczędności. Tego samego dnia zrobiłam także leczo do słoików. Większość produktów miałam swojskich, z ogródka mojej babci.
Jesteśmy rodziną 2 dorosłych i 4dzieci. Oczywistym jest, że chociażby na żywność wydajemy więcej niż osoba samotna czy rodzina z 1 czy 2 dzieci.
W tym poście chciałabym się z Wami podzielić kilkoma sposobami na oszczędności.

Przetwory

Moje dzieci w roku szkolnym na drugie śniadanie akceptują tylko bułkę z dżemem. Średnio jeden słoik schodzi w ciągu 2 dni. Koszt jednego dżemu w sklepie to około 5 zł. Tygodniowo za sam dżem musiałam zapłacić średnio 15 zł, miesięcznie daje to nam już kwotę 60 zł. Niby mało, aczkolwiek w dłuższej perspektywie- dajmy na to 9 miesięcy (rok szkolny) to już 540 zł, które można przeznaczyć na coś innego. Dżem własnej roboty (w moim przypadku, kiedy mam owoce z ogródka babci) to tylko koszt cukru.
Leczo. Swoje leczo zrobiłam z cukinii(od babci), pomidorów (od babci) dokupiłam w promocji paprykę i cebulę. Dodałam przyprawy. Kilka słoików dałam znajomemu, a kilka zostawiłam dla nas. Mam słoików na kilka obiadów.

Ogórki kiszone– tego akurat nie robię bo nie ma to jak te z piwnicy moich rodziców.

Soki do wody– moje dzieciaki potrafią pić czystą wodę, aczkolwiek najczęściej wybierają wodę z sokiem malinowym. Sok malinowy z Herbapolu to cena między 4-6 zł. Dzieciaki dużo piją więc sok szybko schodzi. W naszym przypadku lepiej zrobić własny sok do butelek (wychodzi taniej i zdrowiej- wiem dokładnie co się w nim znajduje, a zawartość cukru mogę dopasować sama). Owoce mam z ogródka babci. Fakt- od kiedy mieszkamy we Wrocławiu to rodzice robią soki- musiałabym jechać 300 km żeby zebrać owoce i zrobić sok.

Zamrażarka, a co za tym idzie zakupy.
U nas zamrażarka jest pełna właściwie cały czas. Jeśli widzę, że coś jest w naprawdę fajnej cenie to kupuje od razu podwójnie lub potrójnie. Najczęściej robię tak z mięsem. Jeśli widzę fajną promocje na schab lub skrzydełka to biorę od razu więcej i wkładam do zamrażarki. Ma to jeszcze jeden plus- tym bardziej w czasach korony, nie jeżdżę na zakupy codziennie.
Postępuje tak z mięsem oraz warzywami. Czasem w zamrażarce nie ma miejsca żeby zrobić lód (który jest wybawieniem w aktualnie towarzyszące nam upały- prognozę i inne ciekawe dane dotyczące pogody można znaleźć tutaj).
Kiedy robię gulasz zawsze wychodzi mi więcej. Robię to specjalnie- po co gotować trzy razy jedno i to samo skoro mogę połowę zamrozić, a drugą połowę ugotować od razu na dwa obiady- na drugi dzień gulasz zagęszczam robię do tego placki ziemniaczane i znów obiad gotowy.

Ubrania.
Kiedyś kupowałam ubrania w ciucholandach, ale od pewnego czasu tego nie robię. Nie lubię, nigdy nic nie potrafię wybrać, a zapach który czuć w takich sklepach skutecznie mnie zniechęca. W tym miesiącu okupiłam dzieciaki na wyprzedaży w Lidlu (np. koszulki za 3,99zl) oraz Reserved. Ogólnie uwielbiam zakupy on-line na wyprzedażach. Najczęściej kupuje w Lidlu, Reserved oraz H&M aczkolwiek tylko on-line bo stacjonarnie nienawidzę chodzić po sklepach. Dzieciaki z racji że jest ich czwórka część ubrań mają po sobie.

Buty.

Na butach właściwie nie oszczędzam. Owszem- jak są fajne promocje w Deichmann to korzystam, ale staram się nie dawać dzieciom używanych butów. Każdy z nich ma inną stopę, każdy człowiek inaczej stawia stopę więc but jest „wyrobiony” po chodzeniu danej osoby, a po za tym uważam, że jest to niehigieniczne nawet wśród rodzeństwa.

Słodycze.

Staramy się nie kupować dzieciom słodyczy. Najczęściej słodycze dostają od babci i dziadka lub w czasie świąt w prezentach. Oczywiście nie mam jakiejś alergii na słodycze i jeśli chcą coś słodkiego to jak najbardziej dostają, aczkolwiek nie zdarza się to tak często żebym mogła to nazwać problemem. Na słodycze wydajemy minimalne kwoty. Częściej zrobimy ciasto z owoców niż pójdziemy do sklepu żeby kupić batonika.

Zabawki.

Zabawki kupujemy od wielkiego dzwonu. Dzieciaki od początku dostają w prezentach książeczki, gry edukacyjne, zabawki więc nie widzimy potrzeby żeby dodatkowo kupować.

Chemia gospodarcza.

Kapsułki do prania, tabletki do zmywarki, domestos, mydła wszystko to kupujemy przez allegro szukając promocji. Proszek do prania u nas się nie sprawdza, a przy wielodzietnej rodziny często muszę zrobić dwa prania dziennie więc schodzi mi około 60 kapsułek co miesiąc. Takie zakupy robię raz na miesiąc.

Paliwo.

Na paliwo wydajemy sporo. Aktualnie ma to związek z pandemią. Staramy się nie korzystać z komunikacji zbiorowej więc Marcin jeździ do pracy samochodem. Tygodniowo na paliwo idzie około 50 zł.

 

Ten wpis jest pierwszym z cyklu oszczędnościowego. Niedługo pojawi się post o naszych zakupowych wpadkach, a także podsumowanie naszych miesięcznych wydatków.

Przepisy z wymienionych potraw i przetworów zamieścimy w najbliższym czasie na stronie.

 

 

 

10 lat minęło

10 lat minęło

 

Mija 10 lat odkąd zostałam mamą. To było 10 burzliwych lat które obfitowały w wiele zmian, nauk, błędów, sukcesów, miłości, trosk. To był czas kiedy przeszłam przemianę ze zbuntowanej nastolatki w… trochę mniej zbuntowaną kobietę. Piszę ten post kiedy dzieciaki jeszcze śpią. Jest 6:10 za maksymalnie godzinę znów będę słyszeć śmiechy i przekomarzania młodszej trójki- najstarsza pojechała na wakacje do moich rodziców. Każdy wieczór i poranek gdy wstanę wcześniej od nich doceniam podwójnie. Mam wtedy chwilę dla siebie w ciszy. Mogę bez nerwów popracować czy po prostu napić się kawy.

6 sierpnia 2010 roku o godzinie 7:30 zostałam mamą.

Pamiętam pierwsze dni w domu. Moi rodzice musieli przychodzić wieczorem żeby pomóc nam ją umyć. Kompletnie nie wiedzieliśmy jak się to robi (w szpitalu tak naprawdę nic nie pokazali, nic nie poradzili, zresztą nawet gdyby to zrobili sytuacja byłaby pewnie podobna). Magdalena ważyła niecałe 2,3 kg. Była chudziutka i bałam się, że zrobimy jej krzywdę. Przy Damianie- najmłodszym dziecku, pomimo że jest wcześniakiem, ważył jeszcze mniej bo niespełna 2,1 kg nie miałam już żadnych rozterek.

Co więcej- nie bawiłam się już w kupowanie wanienki do kąpieli. Ze spokojem, bezpiecznie można takie maleństwo umyć w wannie. Tak wiec- wanienka jak dla mnie to zbędny wydatek.

W 2012 roku zaczęłam nowy rozdział mojego życia który ciągnie się do dziś. Nigdy nie żałowałam wyboru, że z dnia na dzień spakowałam dzieci, siebie i odeszłam od byłego męża do Marcina. To była najlepsza dla mnie jak i dla dzieci decyzja jaką mogłam podjąć. (Chwilę wcześniej pisałam o ciszy i spokoju bo dzieci jeszcze śpią? No to informuję, że najmłodszy właśnie wstał 😉 ) Dzieci mają teraz ojca, a także dziadków ze strony taty z prawdziwego zdarzenia.

Przez te 10 lat wydarzyło się wiele. Kilka razy SOR z dziećmi, przeprowadzki, prace, ale także długi (z których na szczęście wychodzimy- jesteśmy na ostatniej prostej). W 2013 roku Magdalena miała wypadek. Na jasełkach w przedszkolu doznała oparzeń od ognia (jakiś inteligentny rodzic jednego z dzieci zapalił świeczki które były na stołach). Skrzydła, które młoda miała na sobie (grała aniołka) zajęły się ogniem.

Reasumując- wieczorem jechałam z córką karetką do szpitala, a tego samego dnia rano dowiedziałam się, że jestem w ciąży (to był jeden jedyny raz kiedy wymiotowałam w ciąży- każde ciążę znosiłam idealnie bez większych mdłości. Ten jeden raz najpewniej ze stresu wyplułam cały żołądek). Rzecz jasna to nie jedyny raz kiedy przy Magdalenie najadłam się strachu. Pierwszy poważny „wypadek” zdarzył się jak miała zaledwie kilka dni. Zachłysnęła się mlekiem. Wtedy moi rodzice byli u nas szybciej niż kiedykolwiek. Wyobraźcie sobie. Pierwsze, kilkudniowe dziecko które zaczyna się Wam dusić. Nie polecam. To chyba tyle z poważniejszych od otarcia kolan wypadków Magdaleny. Strachu najedliśmy się przy Danielowi kiedy wbił sobie do ucha… Zapałkę. Przebił wtedy błonę bębenkową i właściwie do dzisiejszego dnia ma problem z tym uchem. Dopiero kończymy leczenie. Daniel pomimo, że jest dzieckiem bardzo energicznym, nie spokojnym, nie umie usiedzieć w miejscu i szybko się denerwuje o dziwo nie miał poważniejszych przygód. Marianna za to co rok to SOR. Jak nie przegryzła szkła (szwy przy wardze i badania czy nie połknęła) tak spadła z sofy prosto na kant stołu ( można 100 razy powtarzać- nie skacz 🤷🏼‍♀️), że skończyło się szwami pod okiem i blizną która wbrew pozorom dodaje tej lobuziarze uroku. Damian za to urodził się jako wcześniak. U niego szpital i poradnie były przez pierwszy rok życia właściwie co miesiąc tym bardziej , że słabo przybierał na wadze i miał bardzo niskie żelazo. Kiedy wszystko się ustabilizowało okazało się, że młodego czeka operacja. Odbyła się z powodzeniem we wrześniu zeszłego roku, aczkolwiek stres jaki mi towarzyszył kiedy wzięli go już na salę(narkozę dostał na moich rękach- tuliłam go kiedy podawali zastrzyk) był chyba porównywalny ze strachem jaki przeżywałam jadąc z Magdaleną karetką. Oczywiście prócz strachu było też wiele chwil pełnych szczęścia i dumy. Pamiętam jak Magdalena delikatnie głaskała Daniela kiedy go zobaczyła (między nimi jest 11 miesięcy różnicy). Panika w oczach i pytanie „Mama, a ona cię nie zje?” gdy zobaczyła mnie w szpitalu jak karmię Mariannę piersią.

Nasze pierwsze wyjście na rolki/wrotki (teraz młoda śmiga lepiej niż ja kiedykolwiek). Uśmiech i zachwyt dzieciaków kiedy wzięłam je pierwszy raz nad morze. Wspaniale było oglądać ich twarze pełne radości. Mogłabym teraz napisać coś o pierwszej laurce jaką dostałam, ale każda jedna laurka, obrazek czy list którą robią dla nas jest piękna i za każdym razem towarzyszy mi uczucie podobne to tego, gdy dostałam ją po raz pierwszy.

Dzieciaki nauczyły mnie cierpliwości (chociaż żeby nie było, że jestem oaza spokoju. Co to, to nie. Potrafię wybuchnąć). Rodzicielstwo to nie ciągłe rzyganie tęczą i zachwyt nad swoimi dziećmi. Czasem zastanawiasz się dlaczego nie ma okna życia dla tych starszych. Czasem mam ochotę rzucić wszystko, wyjść i mieć po prostu święty spokój. Wychowanie dzieci nie polega na kierowaniu nimi, a towarzyszeniu im w ich własnej drodze. Magdalena podczas pseudo zdalnej nauki doszła do wniosku, że chce się uczyć w domu. Dzięki koronawirusowi dowiedziałyśmy się, że potrafimy świetnie słuchać się nawzajem. Wystarczyło wytłumaczyć trochę inaczej i dziecko zaczęło rozumieć. W szkole jest jeden nauczyciel na 20+ uczniów. Podczas realizacji materiału była ona sama i ja. Z tematami nie uciekaliśmy tak szybko jak szkoła. Na spokojnie omawialiśmy wszystko i do kolejnego tematu przechodziłyśmy dopiero gdy wszystko zrozumiała. Będę starała się załatwić w roku szkolnym 20/21 by Magdalena była w edukacji domowej. Zobaczymy co z tego będzie- trzymajcie kciuki, żeby dyrekcja szkoły wyraziła zgodę.

Podczas tych 10 lat macierzyństwa wiele się nauczyłam. To dzieci uczą nas cieszyć się z małych rzeczy, to dzięki dzieciakom stałam się odpowiedzialna. Co prawda nadal uczę się panować nad moją spontanicznością, aczkolwiek i dzieci i mąż są już przyzwyczajeni, że przemeblowania średnio raz na 3 miesiące robimy. Wyjeżdżamy czy to do domu czy na wakacje spontanicznie. Generalnie nie lubię planować, planowanie wydaje mi się nudne, a zarazem u nas w domu zazwyczaj planowo wychodzą tylko wizyty u lekarzy oraz finanse chociaż i z tym jest kiepsko bo w większości przypadków jeśli rozplanuje finanse tak, że wychodzi na to, że możemy oszczędzić w danym miesiącu to… coś się psuje.

Wakacje na wsi

Wakacje na wsi

Tegoroczne wakacje były chyba najbardziej wyczekiwane odkąd mieszkamy we Wrocławiu. Ze względu na COVID-19 pierwszy raz święta wielkanocne (każde święta, nie ważne czy wielkanocne czy Bożonarodzeniowe spędziliśmy z rodziną) spędziliśmy osobno z dala od rodziny we Wrocławiu. Ostatni raz w domu byliśmy w grudniu w dodatku dość ostrożnie, raczej bez kontaktowo(u babci byłam dosłownie moment) ponieważ od początku miesiąca przechodziłam „grypę”(choć mógł to już być koronawirus ponieważ za nic nie mogłam się doleczyć, a w połowie grudnia kompletnie straciłam węch i smak. Czułam się tak jak kilka lat wcześniej kiedy złapało mnie zapalenie płuc. Oczywiście wtedy nikt z nas nie przypuszczał, że to może być to. Koronawirus według oficjalnych informacji dopiero zaczynał roznosić się po świecie(chociaż teraz już wiadomo, że dotarł w wiele miejsc wcześniej niż myślano) ). Już po powrocie do Wrocławia rozchorowała się także moja gromadka i mąż (ja w dalszym ciągu „zdychałam”). Oczywiście w tym samym czasie (to były ferie zimowe) trafiła mi się przeprowadzka i z gorączką, samopoczuciem sięgającym dna przeprowadziłam nas, a Aga zajęła nasze mieszkanie. Po jakimś czasie ogłoszono epidemię. Dzieciaki przeszły na naukę zdalną, Marcin na home office. Ja się w końcu doleczyłam (cała choroba trwała od grudnia do lutego. Antybiotyki nie działały, posiewy w kierunku anginy wychodziły prawidłowe. Węch i smak odzyskałam dopiero początkiem marca). Kiedy zaczął się lock down zdecydowaliśmy, że nie podejmiemy ryzyka i nie pojedziemy na święta wielkanocne do domu. Pomimo zabezpieczania się nie chcieliśmy narażać rodziny- naszych rodziców, dziadków. Dzieciaki tęskniły. Kiedy obostrzenia zaczęły znikać pojawiły się pierwsze plany. Wyjazd do domu w czerwcu, niestety nic z tego nie wyszło, ale dzięki temu miałam czas na zadbanie o siebie i rodzinę. Zrobiłam w końcu cytologię, USG piersi, dzieciaki odwiedzili znów dentystę, okulistę, nadrobiliśmy wizytę u laryngologa. W lipcu spontanicznie zadecydowaliśmy, że jedziemy. Dzieciaki tęskniły za babcią i dziadkiem. Nasi rodzice tęsknili za wnukami, a my mieliśmy już cholernie dość otaczającego nas betonu. Dodatkowo na naszą decyzję wpłynął także inny fakt, który właściwie zaważył na decyzji. Marcin zorganizował sobie urlop i pojechaliśmy (tutaj ukłony w stronę jego szefa, którego tak jak w poprzednim poście napisałam można ze świecą szukać).  Oczywiście w drodze pojawiły się problemy (takie nasze szczęście) z samochodem. Na szczęście byliśmy już bliżej niż dalej i dojechaliśmy bezpiecznie. Pogoda była zmienna. Jednego dnia było pięknie, wieczór mogliśmy spędzić pod pięknym niebem, by kolejny dzień okazał się pochmurny i deszczowy.

Przez cały okres naszego urlopu mogliśmy z bliska obserwować jak żołnierze Jednostki Wojskowej NIL ćwiczą w Lipowej, Brennej i nad Jeziorem Międzybrodzkim.

Oczywiście nie mogło obyć się bez wędzenia- po pół roku w końcu mieliśmy znów okazje zjeść prawdziwe wędliny, które nie są naszpikowane chemią.

U teściów były młode kaczki i kurczaczek. Dzieciaki załapały się na dojenie krowy. Wybrudziły się w błocie, a co najważniejsze całe dnie spędzały na dworze bez zależności od panującej aury.

 

Marcin przypomniał sobie czasy mieszkania na wsi bo akurat przywieźli węgiel więc było trzeba go znieść 🙂

Po czasie spędzonym w Beskidzie Żywieckim kolejnym etapem naszej podróży był Śląsk cieszyński. U moich rodziców spędziliśmy 3 dni. Odwiedziliśmy babcię w Kiczycach i dzieciaki pierwszy raz od 4 lat miały okazję posiedzieć znów przy prawdziwym ognisku, a nie tylko grillu. Upiekli sami swoje kiełbasy. Wtedy też oficjalnie obchodziliśmy urodziny Daniela, moja mama zrobiła tort dla młodego, a i moja siostra przyjechała z mężem i tortem. U nas miesiące letnie w rodzinie są urodzinowe. Wpierw w czerwcu mama ma urodziny, później co równy tydzień/dwa tygodnie w lipcu ktoś inny je obchodzi począwszy od Daniela 4 lipca, przez siostrę 11 lipca i skończywszy na tacie 25 lipca. Później 2, 3  i 6 sierpnia kolejno Damian, dziadek i Magdalena. 🙂

Babcia jak zawsze uraczyła nas pysznym ciastem- wiecie jak to jest jak pewne smaki smakują tak idealnie tylko u babci, a w spiżarce zawsze coś czeka na dzieci. W domu babci to już taka tradycja. Kiedyś tata z wujkiem, później ja z siostrami, a teraz nasze dzieci pierwsze swoje kroki kierują w miejsce gdzie zawsze coś na nie czeka.

 

Wakacje minęły szybko (za szybko), kiedy wracaliśmy do Wrocławia było nam po prostu źle. Znów czekała na nas rutyna, beton, pełno sąsiadów dookoła i brak rodziny, za to w bagażniku mieliśmy znów zapas jajek- takich prosto od kury, z ogródka- nie sklepowe oraz prawdziwe wędzone wędliny.

W Beskidach czas płynie dużo wolniej. Jest spokojnie. Człowiek jest bliżej natury i rodziny. Po prawie 4 latach we Wrocławiu coraz bardziej doceniamy te krótkie chwilę kiedy jesteśmy w domu. Wcześniej czy później wrócimy tam na stałe, ale na razie  muszą nam wystarczyć wyjazdy urlopowe. W tym roku planujemy jechać do domu jeszcze na Boże Narodzenie, a jeśli się uda, jeśli wszystko pójdzie dobrze to mamy nadzieję jeszcze  koło września odwiedzić nasze rodzinne strony. W całej sytuacji z mieszkaniem z dala od rodziny najgorsza jest tęsknota dzieci za dziadkami. Jakbyśmy się nie starali to dziadków dzieciom nie zastąpimy. W końcu… Nie ma jak u babci 🙂