Kategoria: Wyzwania

Grudzień 2020- 31 zł na dzień

Grudzień 2020- 31 zł na dzień

Kolejny miesiąc za nami więc przyszedł czas na podsumowanie. Jak wiadomo grudzień to jeden z cięższych miesięcy w roku ( w naszym osobistym zestawieniu zajmuje drugie miejsce, zaraz po wrześniu). Na ten miesiąc mieliśmy po opłaceniu rachunków po 31 zł na dzień.

Daje nam to: 

Na życie całość:            ~ 870 zł

Na życie tygodniowo:       217 zł  (67 zł więcej niż miesiąc wcześniej)

Na życie dziennie:             31 zł

Odłożone w miesiącu grudniu:    20 zł  

 

 

Czy było ciężko? Skłamałabym jeśli powiedziałabym, że nie, ale z pewnością było łatwiej niż w listopadzie. Pomimo dodatkowych wydatków mieliśmy 11 zł więcej na dzień niż poprzednio. 11 zł z każdego dnia w miesiącu daje nam 319 zł. Kwota 319 zł starczyła na ogarnięcie świąt. Prezenty były kupione wcześniej, część produktów spożywczych miałam w domu:

-suche kupione wcześniej

-wędzone oczywiście takie z prawdziwego wędzenia naszych rodziców

-margaryna, masło itp wyciągnięte z zamrażalnika także kupione wcześniej

 

Ważne. Święta trwają 3 dni- nie kupujmy, nie róbmy jedzenia jakby miał nastąpić koniec świata w ten sposób zaoszczędzimy sporo kasy.

 

Dużo mniej udało nam się odłożyć ponieważ kupiliśmy thermomix (na start zapłaciliśmy 890 zł właśnie z oszczędzonych pieniędzy, prezentów oraz z kwoty, którą według obliczeń mogliśmy odłożyć w grudniu). W związku z zakupem thermomixa od stycznia dochodzi nam rata 119 zł, której na szczęście w lutym już nie odczujemy ponieważ te 119 zł to będzie tylko 20% z tego co jeszcze w styczniu musimy zapłacić (w styczniu spłacamy do końca 2 inne zobowiązania, które miesięcznie pochłaniały około 600 zł).

Przyznając się musiałam od rodziców pożyczyć 50 zł (nie wzięliśmy pod uwagę, że Marcin tyle razy będzie musiał jechać w tym miesiącu do firmy przez co będzie trzeba dołożyć do paliwa).

Za kwotę 270 zł tygodniowo można już poszaleć 😂 Oczywiście zakupy robiliśmy przede wszystkim w Lidlu, gdzie z aplikacją mamy zniżki, a dodatkowo naliczają się także zniżki z kartą dużej rodziny co w skali miesiąca daje sporo oszczędności. Pieczywo kupujemy w Hercie (dobry chleb i bułki). Warzywa na rosół kupujemy w warzywniaku, a owoce, ziemniaki czy marchewki w Lidlu (jak dobrze pamiętam mamy tam właśnie na warzywa i owoce 10% rabatu z KDR).

Kapsułki do prania, domestos i tym podobne środki kupuję na allegro co miesiąc w jednym sklepie- mają świetne ceny.

Paliwo miało starczyć z naszego wyjazdu na początku grudnia do domu, niestety Marcin odwiedził firmę więcej razy niż było to brane pod uwagę. Jeden taki przejazd kosztuje go około 10 zł (plus minus), dodatkowo były też inne wyjazdy (do lekarza, czy do sklepu- w większości chodzimy na piechotę do sklepu, bo piekarnie i warzywniak mamy blisko, ale po większe zakupy do Lidla jeździmy samochodem). Tak więc na paliwo doszło 100 zł w tym miesiącu plus 50 zł, które pożyczyłam.

Dzieciaki w tym miesiącu miały pełen luz i właściwie jeśli któreś coś chciało, czy to puzzle czy książkę od razu było zamawiane… Tym sposobem paczkomat odwiedzaliśmy codziennie przez bite dwa tygodnie. Nie żałujemy tego bo dzieciaki korzystają z tego co zamówiły, bawią się, a puzzle układamy wszyscy razem.

Największa kwota w tym miesiącu została wydana jak poprzednio na owoce i warzywa- tygodniowo około 80 zł.

Kolejny wydatek to pieczywo- tygodniowo to 65 zł.

Środki czystości (pranie, zmywanie, sprzątanie, higiena)- tygodniowo jakieś 15 zł (część środków mam kupionych na promocjach)

Mięso- tygodniowo 50 zł (zamrażarkę mam jeszcze w połowie pełną)

Pozostała kwota została wydana na napoje, przekąski, twaróg (generalnie drobizna)

 

Miesiąc grudzień zamykamy z długiem w kwocie 50 zł.

 


 

W styczniu po opłaceniu wszystkich rat, zajęć dodatkowych, opłat za mieszkanie zostaje nam 39 zł na dzień.

 

Podsumowanie 2020

Podsumowanie 2020

Rok 2020 nie rozpieszczał naszej rodziny pod względem finansowym (covid- ucięte płace z konieczności brania 4 dni bezpłatnych w pracy w ciągu miesiąca) oraz zdrowotnym. Zostaliśmy też niejako odcięci od swobodnego odwiedzania rodziny (nie chcemy narażać bliskich). Zweryfikował w ogromnym stopniu nasze znajomości (to akurat ogromny plus). Pokazał, że potrafimy gospodarować naszymi finansami (szczególnie wtedy kiedy jest z nimi bardzo źle), aczkolwiek to nasi najbliżsi pokazali wtedy, że są naszym solidnym oparciem. Co prawda dopiero około kwietnia 2021 będziemy w stanie odkładać większą kwotę niż 100-200 zł miesięcznie,  ale jeszcze rok temu było tak źle, że w grudniu nie myśleliśmy o odłożeniu  pieniędzy, ale o tym od kogo pożyczyć żeby dożyć do wypłaty w styczniu.
Ten rok był ciężki także dla naszego małżeństwa. Dzieci na zdalnym, Marcin na home office, ja w domu pomiędzy dziećmi szkolnymi, przedszkolnymi,  Marcinem a w międzyczasie jeszcze pracą dodatkową. Miewaliśmy chwile w których oboje klneliśmy na tę sytuację  bo życie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu razem z przerwami jedynie na wyjście do sklepu jest… trudne. Każde z nas ma humorki, każde potrzebuje przestrzeni. Do tego dzieciaki, które delikatnie mówiąc nie ułatwiały nam zadania. Problemy z niższym budżetem, a rachunkami takimi samymi, moje problemy hormonalne, nasze zamartwianie się o bliską nam osobę,  czasem złość,  że nie możemy nic zrobić  dawały mieszankę wybuchową.
Mieszankę, która wybuchała.  Wybuchała  płaczem, śmiechem, krzykiem, fochem. W zależności od tego ile akurat się nazbierało.

Mniej więcej w okolicy kwietnia wyrobiłam sobie plan dnia. O wiele lepiej radziłam sobie z sytuacją kiedy dzieciaki dostawały zadania na maila i musiałam z nimi przerabiać temat sama. Miałam swój harmonogram dnia. Z czasem i dzieciaki się przyzwyczaiły (aktualne lekcje zdalne mi osobiście nie pasują- dzieciaki spędzają za dużo czasu przy laptopach na lekcjach, a w większości i tak ciągle przychodzą z prośbą o pomoc w zadaniu). Mój rytm dnia stał się jednostajny,  wiedziałam, że nie marnuje czasu, a co ważne spędzałam go dużo więcej z dziećmi. Kiedy już plan dnia był ok, my z Marcinem wytworzyliśmy system, żeby się nie pozabijać to zaczęły się moje problemy z hormonami. Mój organizm zaczął odrzucać antykoncepcję którą aktualnie stosowałam (za szybko występujące okresy trwające 16-18 dni), ale niestety dalej w to brnęłam. Brnęłam w to bo wolałam moje dolegliwości fizyczne od tych psychicznych kiedy nie stosowałam hormonów (jazda bez trzymanki- ze śmiechu do płaczu, z płaczu do „wypierd***j. Odchodzę. Z odchodzę do łóżka. Z łóżka do „kurwa dlaczego akurat nas to spotyka). Totalna huśtawka nastrojów. W końcu zrobiłam przerwę na miesiąc, ale w międzyczasie otrzymaliśmy wiadomość o poważnej chorobie która wystąpiła u bliskiej nam osoby co spowodowało kolejną lawinę moich zmiennych nastroi.  Zapadła decyzja. Robię badania, ale w międzyczasie stosuje antykoncepcję. Właściwie odpuściłam z nią dopiero pod koniec listopada kiedy skończył się kolejny cykl. Ginekolog umówiony na 2 stycznia, ale taki prawdziwy, nie na niby bo od marca do teraz wszystkie wizyty były jako teleporady.

 

W połowie lutego przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Płacimy więcej, ale warunki dużo lepsze. Brak upierdliwej sąsiadki, której wszystko przeszkadza, taras, lepszy rozkład mieszkania. Czujemy się tu bezpiecznie, spokojnie, dodatkowo w czasie kwarantanny taras mega pomógł (niestety zwierząt do wyprowadzania nie mamy, a po za tym niech mówią co chcą. U Marcina w pracy niedawno zmarł jeden człowiek z powodu covida. Znajomy moich rodziców, którego znam od kiedy pamiętam  niestety znalazł się w szpitalu. Dla nas covid to nie zabawa).

Nasz dziubek (najmłodszy syn) w przedszkolu w tym roku był może miesiąc. Z jego słabą odpornością (z którą od początku mieliśmy problemy) ciągle coś łapie i wiemy. Po prostu wiemy, że jeśli zachorujemy na covid to właśnie on najciężej przejdzie… (chociaż nie wiadomo czy nie przeszliśmy tego już na przełomie 2019/2020 biorąc pod uwagę nasze chorowanie wtedy, objawy i delegacje Marcina). Pomimo, że nie uczęszcza do przedszkola nadal bardzo szybko i ładnie się uczy. Lubi uczyć się literek i cyferek. Zauważyliśmy, że bardzo zżył się z naszą najstarszą Magdaleną. Bierze przykład z niej co bardzo nas cieszy. Magdalena zaczęła przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Była to jej decyzja. Daliśmy jej wybór. Jeśli powiedziałaby, że nie chce to zaakceptowalibyśmy to.  Młoda tego roku także dojrzała, aczkolwiek doszły do tego humorki. Daniel moim zdaniem zrobił ogromne postępy w nauce, czytaniu z którym miał problem, a Niunia… jak to Niunia. Czasem foch, czasem foch z przytupem, aczkolwiek poznała literki i bardzo lubi ćwiczyć czytanie.

 

Ten rok bardzo nas do siebie zbliżył, pokazał jak ważna jest rodzina i pozwolił na powiedzenie słów które wcześniej nie padły, a były potrzebne. Finansowo stanęliśmy na nogi i teraz będzie/musi już być tylko z górki.

 

Pomimo, że rok do najłatwiejszych nie należał to otworzył nam oczy i wiemy, że kolejny, a później następny będą już tylko lepsze bo… mamy siebie.

 

 

 

Życzymy wszystkim szczęśliwego nowego roku.

Braku problemów

Wiele miłości

Zdrowia

Pomyślności

 

Listopad 2020- 20 zł na dzień

Listopad 2020- 20 zł na dzień

Na początku muszę powiedzieć, że wcześniejsze miesiące były kończone ze stanem konta na minus 1000 zł i więcej- pożyczki od rodziny czy znajomych. W tę pożyczaną kwotę wchodziło „na życie” od około 25 dnia miesiąca do około 10 dnia kolejnego miesiąca, ale także inne opłaty. To tak jakbyśmy cały czas byli do tyłu z jakąś płatnością.

Listopad przyniósł nam jednak rozwiązanie którego nikt się nie spodziewał.

Dzięki temu za listopad jesteśmy na minusie „tylko” 380 zł które pożyczyłam od rodziny. Pomijając te 380 zł, które muszę oddać z funduszy na grudzień (chociaż 380 zł, a około 1500 zł to ogromna różnica) udało nam się zaoszczędzić kwotę 73,80 zł. Nie dużo, ale udało się. Jak? Każdego wieczora nie wykorzystaną kwotę, która była przeznaczona na ten dzień odkładałam. Czasem to było 2 zł, 0,30 gr, ale bywało i 7 zł. W połowie miesiąca miałam już odłożoną kwotę za którą mogłam wykupić swój lek ( 60 zł) w aptece. Czyli na dobrą sprawę ta odłożona kwota byłaby wyższa o 60 zł.

Dzięki kwocie którą udało mi się odłożyć mieliśmy pieniądze, które przeznaczyliśmy na paliwo w zeszły weekend kiedy musieliśmy pojechać do domu, bez dużego naginania budżetu w danym miesiącu (na paliwo musieliśmy dołożyć 150 zł  do tych prawie 80 zł, które udało się odłożyć).

Po opłaceniu mieszkania, rachunków, ubezpieczenia, rat, zajęć dodatkowych dzieci, oddaniu pożyczonych pieniędzy w październiku zostało nam na życie 600 zł z groszami. Od 16 listopada to było już 480 zł. Tygodniowo mieliśmy kwotę 150 zł.

 

Za 150 zł tygodniowo spokojnie, bez problemu da się przeżyć w 6 osobowej rodzinie. Od razu żeby sprawa była jasna. Około 50-60 zł w ciągu tego miesiąca poszło na przyjemności. Kto nigdy nie kupił czekolady, paluszków, coli czy czegokolwiek innego do domu, czy „bo dziecko” chciało- jest podejrzany 🙂 W kwocie 20 zł dziennie były kupowane owoce, chleb, warzywa, czasem masło, i inne bieżące potrzeby. Mięso w większości miałam zamrożone, ale na promocji na karkówkę, boczek, schab czy skrzydełka wydaliśmy około 70 zł (tylko tyle, bo mieliśmy jeszcze zapasy w zamrażarce). Większość z tych 20 zł szła na pieczywo i warzywa do obiadu oraz owoce.

 

Patrząc na listopad zastanawiam jakim cudem nigdy nie mogliśmy się zmieścić w kwocie jaką mieliśmy do dyspozycji. Odpowiedź jest prosta. Uzależniłam się od dodatkowych funduszy (które i tak musiałam oddać, ale jednak były w danym czasie) takie życie na kredyt, ale zamiast w banku to u znajomych, rodziny. Teraz już wiem, że było to kompletnie nie potrzebne. Oczywiście zawsze ciężko spłacić coś nie mając oszczędności i zaraz, w tym samym miesiącu znów nie pożyczyć. Szczęśliwie nam się udało i teraz wiem, że jeśli będę musiała pożyczyć od kogoś pieniądze to tylko w ostateczności.

 

Na grudzień odblokowało mi się 350 zł (spłacone do końca raty), które mogę przełożyć na zwiększenie innej płatności lub po prostu przyjemności.  Nie muszę oddawać nikomu ponad tysiąca złotych. Mogę skupić się na spłacie innych zobowiązań i tym sposobem w grudniu nasza kwota na dzień wzrasta. Nie jakoś dużo, ale zauważalnie.

Podsumowanie:

Na życie całość: 600zł

Na życie tygodniowo: 150 zł

Na życie dziennie: 20 zł

odłożone z kwoty 20 zł na dzień po miesiącu:    73,80 zł

 

Nie odczuliśmy żeby czegokolwiek nam brakowało. W międzyczasie kupiliśmy także klocki dla dzieciaków i inne drobiazgi.

 

Największa kwota została wydana na warzywa i owoce 150 zł, druga z kolei na pieczywo (chleby, bułki, pączki)- 110 zł (pieczenie bułek samemu wychodzi taniej 🙂 )

Listopad zaliczam do udanych miesięcy pod względem finansowym.

 

Nasze menu było różnorodne, niczego nam nie brakło. Mieliśmy także na drobne przyjemności oraz klocki dla dzieci. Nie kupowaliśmy najtańszego jedzenia, byle by przeżyć. Wolimy kupić po regularnej cenie, niż jeździć po sklepach w czasach pandemii tym bardziej, że da się żyć, jeść, sprzątać, odłożyć i mieć na drobne przyjemności dysponując kwotą 600-700 zł. Jedyne promocje jakie nas interesowały to te w Lidlu bo to właśnie tam robimy zakupy- bez zbędnego jeżdżenia po sklepach.

Nie trzeba sobie wszystkiego odmawiać, nie trzeba wybierać co kupić. Wystarczy umieć policzyć co się bardziej opłaca- jeżdżenie na promocje i dodatkowo tankowanie samochodu czy kupić kilka/kilkanaście groszy drożej, ale nie musieć tankować. Kupić za jednym zamachem w promocji więcej produktu czy jeździć co kilka dni po dany produkt raz w promocji, raz w przecenie, a innym razem w regularnej cenie.

 

Oczywiście z każdym miesiącem nasza kwota będzie się zwiększać (dopiero jakoś w czerwcu się ustabilizuje) i będziemy mieli większy luz w funduszach, ale już teraz po tym miesiącu śmiało mogę powiedzieć, że jak się chce to się da nie odczuwając tego.

W tym tygodniu wrzucimy post z naszym przykładowym menu tygodniowym.

Planujemy także zrobić listę zakupów świątecznych (święta spędzamy we Wrocławiu) wraz z kwotą jaką wydaliśmy i tu już wiem, że najdrożej bo 100 zł wyjdzie nas choinka.

 

 


W miesiącu grudniu po odłożeniu od razu 300 zł na święta, opłaceniu rachunków, zajęć dodatkowych, rat i oddaniu rodzicom zostaje nam już po 31  zł na dzień- czyli już o 11 zł więcej niż w listopadzie.

Jak poradziliśmy sobie w grudniu?

Ile udało nam się odłożyć?

Na co najwięcej wydawaliśmy?

Różowy październik.

Różowy październik.

Październik przywitał nas (przynajmniej we Wrocławiu) pochmurną, deszczową, typowo jesienną pogodą, ale… pomimo tej aury, nawet jeśli cały on będzie taki deszczowy to będzie on także, a może przede wszystkim różowym miesiącem. Kojarzycie z mediów społecznościowych różowe wstążki? Ta różowa wstążka to właśnie symbol walki z rakiem piersi. Od 2008 roku w dniu 15 października obchodzony jest Europejski  Dzień Walki z Rakiem Piersi.

Kilka podstawowych faktów to:

👉 rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem u kobiet na świecie

👉 szacunkowo co roku wykrywa się raka piersi u blisko 1,7 miliona kobiet

👉 jest wiele czynników rozwoju choroby- są one złożone

👉 częstość występowania raka piersi zwiększa się wraz z wiekiem

👉 różowy październik obchodzony jest na świecie od 1985 roku

👉 w zdecydowanej większości wczesne wykrycie raka pozwala na całkowite wyleczenie

👉 w samej Polsce diagnozę rak piersi słyszy około 18,5 tysięcy kobiet

👉

Celem akcji Różowa wstążka jest zapoznanie ludzi z problemem nowotworów, raka piersi, zwiększenie świadomości, uczulenie na samobadanie.

 

 

Coraz częściej słyszymy o nowotworach, o raku piersi, ale każda taka diagnoza jest szokiem dla pacjentki i rodziny. Pojawia się strach, bezsilność. Można się spotkać ze stwierdzeniem, że gdy pojawia się nowotwór to choruje cała rodzina. Nie tylko pacjent. Jako wolontariusz, który miał do czynienia z rodzinami w której wykryto chorobę nowotworową mogę się pod tym podpisać rękami i nogami. Przez prawie rok prowadziłam te rodziny, byłam z nimi, pomagałam. Dla rodziny diagnoza jest szokiem, na początku nie dowierzają, a później zjada ich stres, martwią się, chcą pomóc, zadają sobie w kółko pytanie- dlaczego akurat ona/on?, często nie wiedzą jak zareagować żeby nie urazić, chcą być na bieżąco w wynikach, chcą wiedzieć. Kiedy już wiedzą robią co mogą żeby pomóc. Godzinami zastanawiają się nad rozwiązaniami, wspierają, swoje życie odkładają na dalszy plan. Rodzina pacjenta walczy razem z nim. Najbliżsi powinni być wsparciem, oparciem w gorszych chwilach.  Zdarza się, że pacjent wpada w depresję, nie chce pomocy, uważa się za problem, staje się zgryźliwy, nie chce powiedzieć, że źle się czuje, stara się nas odsunąć. Wtedy właśnie najważniejsze jest by się nie odwrócić, by być. By czuwać.  Może poszukać pomocy u psychologa?

Wiecie, że w Polsce nadal króluje przekonanie, że wizyta u psychologa, psychiatry, psychoterapeuty to wstyd? Szukanie pomocy nie jest wstydem! Depresja, obniżenie nastroju nie jest równoznaczne z „byciem wariatem”!!! Nastawienie w walce z tym potężnym wrogiem jest cholernie ważne. Wsparcie jest ważne.

 

Więcej od siebie nie dodam. Przedstawię tylko kilka tegorocznych akcji.

Różowy październik jak pomóc:

 

Ewa Chodakowska:

Baton BeRAW THINK PINK to coś więcej niż zdrowa przekąska. Przedstawiamy Wasz ulubiony malinowy baton z pięknym różowym nadzieniem, teraz jeszcze bardziej intensywnym dzięki zwiększonej zawartości malin, w nowej odsłonie. To właśnie z okazji Różowego Października przygotowaliśmy dedykowany, limitowany produkt z różową wstążką, ze sprzedaży którego przeznaczymy 5% na fundację „OnkoCafe Razem lepiej’’ by wspierać kobiety zmagające się z zaawansowanym rakiem piersi.

Każdy baton i każda złotówka się liczą, ale to nie wszystko. Chcemy dać od siebie coś więcej! Aby jeszcze bardziej docenić wspólną pomoc i wsparcie tej akcji, oprócz 5% ze sprzedaży postanowiliśmy na koniec października wspólnie z Ewą Chodakowską podwoić uzyskaną kwotę, jaką uzbieramy ze sprzedaży tego produktu. *

Baton THINK PINK | Stworzony w CELU POMOCY KOBIETOM w walce z rakiem piersi

*opis pochodzi ze strony internetowej SKLEP BEBIO

 

SuperStyler:

Apaszka jedwabna „Kobiecość”

Październik to miesiąc „Różowej Wstążki”. To miesiąc walki z rakiem piersi. To czas kiedy głośno mówimy o profilaktyce i zdrowiu. W tym roku również postanowiłam zabrać głos w tej ważnej sprawie tworząc apaszkę „Kobiecość” w limitowanej wersji.
„Kobiecość” to kultowy wzór apaszki Spadiora. Polki pokochały jakość i przekaz jaki za sobą niesie.
Ta jedwabna apaszka to manifest siły, determinacji, solidarności oraz piękna, które kryje się w naszym zdrowiu. Ta apaszka to historia o naszej odmienności, o trudnej sztuce akceptacji swojego ciała i wspieraniu siebie nawzajem. Najwyższa pora, żebyśmy przestały się oceniać, a zaczęły doceniać. „Kobiecość” to hołd złożony mojej teściowej, która po wielu latach choroby przegrała walkę z rakiem piersi.

Teraz, w ramach akcji „Różowa wstążka” powstała „Kobiecość” w nowej wersji kolorystycznej. Ilość apaszek jest limitowana.

100% zysku ze sprzedaży tego limitowanego wzoru przeznaczymy na badania nad rakiem piersi prowadzone przez Międzynarodowe Centrum Nowotworów Dziedzicznych przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. *

*opis pochodzi ze strony internetowej SuperStyler sklep

 

Sephora, Douglas praz salony firmowe Estee Lauder

Od 1 października w perfumeriach Sephora i Douglas oraz z salonach firmowych Estee Lauder będzie można zakupić produkty oznaczone Różową Wstążką. Od 20% do 50% wartości sprzedaży tych produktów zostanie przeznaczone na rzecz badań prowadzonych przez Międzynarodowe Centrum Nowotworów Dziedzicznych przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie.*

 

*opis pochodzi z postu na Facebooku SuperStyler

 

AMVI Cosmetics

Z wielką radością mamy przyjemność oznajmić, że od dzisiaj AMVI Cosmetics oficjalnie rozpoczęło współpracę z fundacją Rak’n’Roll, działając na rzecz wsparcia jej podopiecznych! Przekazując na ten cel 1% przychodu z każdego zakupionego przez ciebie kosmetyku AMVI, dokładamy wspólnie naszą cegiełkę do budowy lepszego, bardziej przyjaznego dla kobiet jutra.*

*opis pochodzi ze strony AMVI Cosmetics

Pranamat ECO

🌸 Z radością informujemy, że w tym roku i my wspieramy akcję charytatywną, jaką jest Kampania na rzecz Walki z Rakiem Piersi, prowadzona przez Estée Lauder Companies. Coroczne działania wspomnianej firmy jednoczą i inspirują ludzi z całego świata do walki o wyeliminowanie raka piersi z naszego życia. 🌸

Październik, jak co roku, obchodzony jest jako Miesiąc Walki z Rakiem Piersi. 🎀 Jest on najczęściej diagnozowanym u kobiet nowotworem, dlatego tak ważne jest szerzenie świadomości w tym zakresie oraz zbieranie funduszy na rzecz badań medycznych.

Z tej okazji w naszym sklepie znajdziecie zestaw Pranamat ECO w kolorze Pudrowego Różu, ze sprzedaży którego, w dniach 1-31.10.2020 r., przeznaczymy 20% na rzecz Międzynarodowego Centrum Nowotworów Dziedzicznych przy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. 👩‍🔬👨‍🔬

Dokonując zakupu, przyczyniasz się do budowy lepszego świata. Takiego, w którym miliony kobiet zmagających się z rakiem piersi mają szansę na nowy etap w życiu. 💜
*

Sklep: Pranamat ECO

*opis pochodzi z postu na Facebooku Pranamat Polska

 

Oczywiście jest dużo więcej firm, osób wspierających.

 

 

Moje szczęście- rodzice.

Moje szczęście- rodzice.

Długo zastanawiałam się czy publikować ten post, ale pożyczyłam trochę odwagi od Agnieszki, swojego butnego charakterku z młodości oraz swojej dojrzałości dorosłej kobiety i możecie przeczytać tekst poniżej. Na opublikowanie tego wpisu miał także wpływ, że do internetu wychodzą, różne sprawy z mojego życia- a o swoich sprawach wolę pisać sama niż czekać na plotki. Czeka Was też niespodzianka. Specjalny kod rabatowy 🙂

 

Wyobraź sobie, że nagle cofasz się do lat dziecięcych i słyszysz ciągłe kłótnie, jesteś przy tym jak tata bije mamę, uciekasz z domu do dziadków, nazajutrz do domu przyjeżdża policja. Wyobraź sobie, że wychowujesz się w patologicznym domu, gdzie rodzice to alkoholicy, a jedyne bliskie Ci osoby to dziadkowie. Wyobraź sobie jak Twoja mama pije alkohol… coraz więcej alkoholu, aż traci pracę i stacza się na sam dół. Co czujesz? Lata mijają, a Ty z siostrą trafiacie w końcu do domu dziecka. Jak reagujesz? Spadasz w dół czy może wykorzystujesz daną Ci szansę? TAK!! Szansę- dom dziecka jest szansą. Szansą na lepszy byt, na lepszy start. Szansą na poczucie BEZPIECZEŃSTWA! Szansą na to, że ktoś zapewni Ci odpowiednią opiekę…

„Moja mama straciła pracę w 2001 roku i tu zaczęła się linia pochyła dla mojej rodziny. Utrzymanie finansowe rodziny było na mamy barkach, a ojciec pracował „jak była robota”, teraz miało to się zmienić. Matka oczekiwała od ojca, że ten weźmie w końcu odpowiedzialność za swoje życie. Jednak tak się nie stało. Pieniędzy zaczęło brakować na wszystko. Mama zaczęła wędrówki do MOPS-u, jednak i te środki okazały się nie wystarczające. Bywały tygodnie kiedy rodzice nie trzeźwieli wcale. (…) Z pamiętnika: (pisany w wieku 17 lat)
„Czasami w domu byli goście do picia. Pili, krzyczeli, bawili się, a my z siostrą nie mogłyśmy zasnąć. Gdy nawet nam się to udało, to i tak w środku nocy byłyśmy rozbudzane pijackimi krzykami lub kłótniami. Często wtedy też leciała głośno muzyka. Do tej pory nienawidzę, gdy muszę obudzić się w środku nocy lub nad ranem. Aby uczyć się muszę mieć całkowitą ciszę. Aby nauczyć się czegoś na pamięć, muszę czytać i powtarzać tekst na głos. Bywało nawet, że mama wychodziła z domu i nie wracała przez dwa tygodnie. Kolejnymi razami ojciec, aby zatrzymać mamę zaczynał ją bić””

Potraficie wyobrazić sobie takie życie? Takie dzieciństwo? Ja przyznam szczerze, że nie. Moje wspomnienia to uśmiechy, rodzina, szczęście, nocowania u babci, ogniska całą rodziną, wycieczki rowerowe, wycieczki nad morze. Moje zdanie na temat mojego dzieciństwa jest mega pozytywne. Wiem, że byłyśmy z siostrami kochane, byłyśmy szczęśliwymi dziećmi- owszem kiedy przyszedł nastoletni czas troszkę się pozmieniało, ale nie z winy rodziców. Oni chcieli byśmy wyszli na ludzi. Pamiętam jak dostałam kiedyś od mamy przy znajomych na naszej słynnej „kolejówie”(most kolejowy) i wiecie co? Owszem nie wspominam tego miło, może czasem czuję jeszcze ukłucie złości za to, ale wiem, że zrobiła to z bezsilności. Nie mam jej tego za złe- chciała po prostu chronić swoje dziecko. Najstarsze dziecko, które mogło dać przykład młodszym siostrom, dziecko  które dało jej popalić jak żadne inne. Dziecko przez które wylała morze łez, a jednak dziecko które do dziś wspiera. Spytacie co takiego to dziecko odpierdalało. Już śpieszę z wyjaśnieniami.

Po pierwsze towarzystwo. Mieszkając w małym miasteczku każdy wie która rodzina to patologia, które dzieciaki to zło, które dzieciaki to ulica. Dziś będąc dojrzałą kobietą, matką, wstydzę się, że obracałam się w tak skrajnie patologicznym środowisku- tak moi starzy znajomi to w większość(nie mówię, że wszyscy) po prostu dzieciaki z patologicznych rodzin, które robiły wszystko by… nie wiem stać ponad prawem? Pokazać, że im wszystko wolno. W większości nie była to ich wina- rodziny się nie wybiera. Kto ich miał wychować gdy rodzice pili lub ćpali? Co te dzieciaki miały wynieść z domu? Jaki wzorzec miały powtórzyć? Moi rodzice wiedzieli, że wpadłam w złe towarzystwo. Chcieli po prostu ratować swoje dziecko.

Po drugie rodzice wiedzieli, że palę papierosy, że piję alkohol. Jedyne czego nie tknęłam to narkotyki. Kiedyś powiedziałam, że narkotyki to gówno, a gówna nie tykam. Marihuana? Też nie. Pierwszy raz do czynienia miałam z nią w 2012 roku już jako dorosła kobieta- będąc pod opieką mojego teraźniejszego męża. Dopiero przy nim poczułam się na tyle bezpiecznie by spróbować czegoś co wśród moich znajomych z lat nastoletnich było powszechnym zjawiskiem. Zastanawiacie się dlaczego o marihuanie napisałam osobno, jakby to nie był narkotyk? Wyjaśniam- marihuana w wielu krajach jest środkiem leczniczym, szkodzi mniej niż alkohol, uśmierza ból, łagodzi różne stany chorobowe- nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, że nasz polski rząd jest tak głupi, że nadal jej nie zalegalizował! Do dziś mam ubaw jak widzę dupny nagłówek- Diler złapany, miał przy sobie 2 gramy marihuany. Ej no…. Nie wiem policja nie umie złapać prawdziwego dilera, handlującego narkotykami które naprawdę są niebezpieczne? Państwo nie umie policzyć ile do budżetu wniosłaby legalizacja marihuany? Czy naprawdę państwo polskie musi tak bardzo utrudniać życie ludziom chorym, którym na przykład na ból pomaga tylko ten o jakże niebezpieczny narkotyk?!

Po trzecie moje miłostki. Z tego punktu można by napisać książkę. Owszem, z żadnym z nich nie doszło do niczego więcej, ale za rączkę było chodzone. W większości byli to właśnie Ci z tych… trudniejszych rodzin- wiecie jak to jest- Łobuz kocha najbardziej. Jeśli mam być szczera to w moją pamięć zapadło dwóch, których jakby nie było, jacy by nie byli wspominam z pewnym sentymentem, ale nie dlatego bo to była miłość, raczej po prostu przyjaźń potrafiliśmy się dogadać no i co najważniejsze zawsze stawali murem za mną. Kontakt, rzadki, raczej taki typu „Hej co u Ciebie?, Dobrze, a u Ciebie? Leci jakoś” mamy do dziś. Wiem, że niektórzy wyszli na ludzi, wyszli ze swojego bagna, ale…  nie chciałabym się z nimi spotkać. Po prostu. Wiodę szczęśliwe życie, a przeszłość zostawiłam za sobą. Moi rodzice podświadomie wiedzieli, że z tych moich miłostek mogą być problemy…. No cóż- w pewnym sensie się nie mylili. Pewnego lata mając 17 lat poznałam pewnego faceta- cóż, gdybym wtedy wiedziała o tej rodzince to co dziś wiem- pewnie nie miałabym dwójki wspaniałych dzieciaczków. Zaznaczę to nie była jakaś patologiczna rodzina(dało się zauważyć pewne niedociągnięcia, ale wiecie, że zakochana osoba widzi świat przez różowe okulary). Wszystko zaczęło zmieniać się z czasem…. W dniu dzisiejszym, 11 lat po poznaniu, 8 lat po rozstaniu uważam, że ta miłostka była największym błędem mojego życia z którego mam dwójkę wspaniałych dzieci o czym nie wiedzą ich dziadkowie od strony ojca, o czym nawet sam ich ojciec nie do końca wie ponieważ w 2013 lub 2014 zaprzestał jakichkolwiek starań o dzieci, zaprzestał kontaktów, a jeśli coś wie to wie to dlatego bo go o tym poinformowałam(taki typowy dawca nasienia który cały obowiązek wychowania dzieci przeniósł na Marcina. To Marcin jest tatą dzieci, to Marcina rodzice są dziadkami od strony taty. To Marcin w nocy jedzie z dzieckiem do szpitala, to Marcin podaje leki, to Marcin uczy tabliczki mnożenia, to Marcin daje im miłość i bliskość taty). Nie mówię, że biologiczny nic nie robi. Robi- płaci alimenty po 450 zł na jedno dziecko. Płaci je systematycznie od czasu kiedy pokazałam mu, ze nie płacąc dobrowolnie będzie płacił przez komornika(dodatkowe koszty dla niego). Po za tymi alimentami cały ciężar wychowania dzieci spoczywa na mnie i Marcinie. To my płacimy za dodatkowe badania, to Marcin wziął pakiet medyczny na dzieciaki w pracy, to Marcin pokazał im, że tata kocha. W dniu dzisiejszym nie czuję już złości do biologicznego ojca moich dzieci- wręcz przeciwnie. Żal mi go. Stracił coś co będzie mu ciężko odzyskać. Stracił miłość swoich dzieci, stracił lata z życia dzieci tylko i wyłącznie z własnej winy. Jeśli chciałby kiedykolwiek odzyskać kontakt z dziećmi to spotkania byłyby tylko pod nadzorem psychologa(dzieciaki wiedzą, że tata Marcin nie jest biologicznym tatą, ale nie chcą kontaktów z biologicznym. Magdalena zakazała podawać mu swój numer telefonu. One czują, że rodzina to tak która wspiera).

Po czwarte szkoła. Do połowy 5 lub 6 klasy szkoły podstawowej byłam może nie wzorową (bo matematyka nigdy nie była moją mocna strona), ale dobrą uczennicą. Lubiłam się uczyć. Wszystko zmieniło się gdy na pierwszej dwudniowej wycieczce do Zakopanego kolega miał paczkę papierosów (L&M niebieskie). Pech chciał, że była z nami córeczka naszej wychowawczyni na wycieczce(chyba nikt nie darzył sympatią tej dziewczynki- typowa córeczka nauczyciela która doniosła wszystko). Doniosła na nas, że paliliśmy. Po powrocie wizyta rodziców w szkole, nerwy, krzyki. To wtedy wszystko się zmieniło. To wtedy na przekór wszystkim zaczęłam robić co chce. Wyniki w nauce się pogorszyły, nowe towarzystwo(z punktu pierwszego). Wtedy weszłam w okres buntu który trwał kilka lat. Moje wyniki w nauce były co najmniej słabe( ale nigdy nie zostałam w tej samej klasie), zachowanie nieodpowiednie lub naganne. Wagary.

Po piąte ucieczki z domu. Co tu dużo mówić- bywały i one. Z listami do rodziców czy bez. Z czego wynikały? Ze złości, że ktoś mi czegoś zabrania.

 

Dziś cieszę się, że moi rodzice do końca o mnie walczyli, wspierali pomimo, że tego nie widziałam- czy wręcz nie chciałam widzieć. Tylko dzięki nim wyszłam na ludzi i dziś nie jestem patologicznym żulem, a osobą która ma szczęśliwe życie, cudowne dzieci i wspaniałego męża. Jeśli kiedyś któreś z moich dzieci pójdzie w moje ślady, wiem, że będę o to swoje dziecko walczyć tak jak o mnie walczyli mama i tata. Zawsze będę pamiętać ile dla mnie zrobili, zawsze będę im za to wdzięczna. Wiem, że to przeczytają bo śledzą mojego bloga dlatego z tego miejsca chcę powiedzieć DZIĘKUJĘ I PRZEPRASZAM. Zawsze łatwiej było mi pisać niż mówić, będziecie zdziwieni, ale moi rodzice dopiero teraz te słowa wypowiedziane/wypisane przeczytają. Nigdy wcześniej się na to nie zdobyłam. Nigdy wcześniej nie potrafiłam. Dopiero współpraca z Agą, praca nad jej e-bookiem uświadomiła mi, że muszę to zrobić. Dopiero teraz dojrzałam do tych słów, pomimo że już lata temu zrozumiałam ile oni dla mnie zrobili. Dopiero teraz jestem w stanie powiedzieć- Mamo, tato dziękuję.

 

Niestety niektórym dzieciom się nie udaje. Niektóre nie mają takiej rodziny, rodziców jak ja. Niektóre trafiają do domu dziecka, do placówek, czy zostają w swoim patologicznym domu w którym nie mają wsparcia jakie miałam ja. Jeśli chcecie wiedzieć jak radzą sobie dzieci w domu dziecka, co z nich wyrasta, czy mają szansę, czy… żałują, że tam trafiły koniecznie musicie przeczytać e-booka Agi z bloga Rodzina na Kredyt pierwszą część „Inwestycja w Lepsze Życie” oraz „Pomimo wszystko”  Aga pisze w nim o życiu w domu dziecka, o życiu w alkoholowym domu. O życiu po wyjściu z placówki. O życiu w dniu dzisiejszym kiedy sama jest już matką dwóch dzieci. Kiedy walczy o lepszą przyszłość dla nich.

 

Ode mnie po wpisaniu kodu rodzicenacztery10 macie rabat 10 zł na CAŁY koszyk w e-sklepie u Agi

 

 

 

 

 

 

Cytat pochodzi z e-booka „Pomimo wszystko” autorstwa Agnieszki Dawidowicz

 

 

Domowy chleb na zakwasie

Domowy chleb na zakwasie

Jeśli mam do wyboru wyrób chlebopodobny ze znanych sieciówek w cenie 3 zł lub PRAWDZIWY chleb bez żadnych ulepszaczy za 13 zł wybieram ten za 13 zł. Niestety ostatnio jak pewnie u sporej liczby osób nastały gorsze czasy więc chleb za 13 zł (biorąc pod uwagę, że jesteśmy rodziną 6 osobową przez co jeden bochenek starcza na jeden dzień) stał się opcją mało ekonomiczną. Jeśli mielibyśmy kupować prawdziwy chleb wydalibyśmy plus minus 400 zł w jeden miesiąc na sam chleb- pieczywo, a przecież to nie jedyny wydatek chlebowy/około chlebowy, w końcu chleba nie kupuje się po to by jeść suche kromki.

Po przemyśleniu sprawy, rozważeniu za i przeciw postanowiłam zacząć piec swój chleb. Na początku piekłam z drożdżami bez zakwasu (bardzo długo nie mogliśmy nigdzie dostać mąki żytniej na zakwas). Był jadalny, ale to nie było to. W końcu udało nam się kupić mąkę żytnią i zaczęłam hodować swój zakwas. Przepisów w internecie jest mnóstwo ja osobiście wsypałam garść (około 100-150g) mąki i dolałam tyle wody że po mieszaniu konsystencja była w miarę jednolita, dość gęsta. Później było już prosto. 12h później mieszałam zakwas i odstawiłam po to by po 12 godzinach dosypać do niego garść mąki, dolać wody i wymieszać by konsystencja była jednolita, gęsta. Zakwas cały czas był przykryty ściereczką. Dokarmiałam go od poniedziałku by już w sobotę upiec mój domowy chleb na zakwasie.

 

Pierwszy mój  chleb na zakwasie wyszedł z dobrą chrupiącą skórką:

 

 

Drugi był zrobiony na podwójnej ilości składników, ale po za wielkością niczym innym się nie różnił. Był tak samo smaczny jak pierwszy, a skórka była chrupiąca.

 

Mój przepis na chleb:

12 łyżek zakwasu (60g zakwasu to 3 łyżki)

500 g mąki pszennej chlebowej lub zwykłej najlepiej powyżej 550 typ (ja mieszam z żytnią 400 g pszennej i 100g żytniej)

330 ml wody

1-1,5 łyżeczki soli i cukru (kiedy zapomniałam o tych składnikach- nie poczuliśmy różnicy)

Mąkę mieszam z solą po czym wlewam wymieszany z letnią wodą i cukrem zakwas. Wszystko dokładnie mieszam- ciasto jest mokre, lejące i gładkie. Zostawiam na kilka godzin (od 1h do 4-5h) aczkolwiek co jakiś czas je ruszam/mieszam/składam. Po tym czasie formuje z ciasta kule (lub wlewam do foremki wyłożonej papierem) i zostawiam do wyrośnięcia.  Przed włożeniem do piekarnika nacinam ciasto, górę smaruję leciutko tłuszczem i wkładam na 45-55 minut do piekarnika nagrzanego do 225 °C

Jest to zbiór kilku różnych przepisów które modyfikowałam, aż skończyłam na tym jednym. Obecnie korzystamy tylko z tego przepisu, a chleb pieczemy 4 razy w tygodniu.

Marcin także piekł chleb, korzystał z jakiegoś przepisu w internecie. Chleb był podobny, aczkolwiek samo przygotowanie go trwało około doby (od wymieszania ciasta po pierwszą kromkę z masłem).

 

Rzeczywistość

Rzeczywistość

Jak powszechnie wiadomo nam, naszym rodzicom, dziadkom i dzieciom przyszło żyć w czasach ogólnoświatowej pandemii. Staramy się normalnie funkcjonować, ale nikt już nie może zaprzeczyć, że to jak żyjemy wcale nie jest normalne! Jako rodzice czwórki dzieci obawialiśmy się tego czasu. Baliśmy się, że sobie nie poradzimy, że dzieciaki wejdą nam na głowę, że będziemy się na okrągło kłócić. Teraz po dwóch tygodniach (dla bezpieczeństwa zaczęliśmy „kwarantannę” wcześniej niż inni) uważamy, że wyszło nam to na dobre. Z każdym dniem nawiązujemy coraz to lepszą relację z dziećmi, poznajemy je lepiej. Po prostu z nimi jesteśmy. Oczywiście rozumiem wszystkie te memy o zamknięciu z dziećmi, ale coraz częściej mam wrażenie, że ta pandemia pokazuje prawdę na temat „idealnych” rodziców. Ciągle jednak mam nadzieję, że na zachowanie tych rodziców ma wpływ strach. Strach co dalej. Świadomość w jakim świecie przyszło żyć naszym dzieciom. Staram się odganiać te myśli, ale one wracają. Wracają codziennie. Boję się o przyszłość moich dzieci. Jestem przekonana, że każdy teraz się boi (nie biorę pod uwagę ludzi, którzy nawet nie wierzą w SARS-CoV-2 – osobiście poznałam takiego człowieka). Zastanawiam się ile czasu nam zostało, zastanawiam się dlaczego to się wydarzyło. Czasem gdy chcę sama siebie podnieść na duchu myślę o tym wirusie jako o oczyszczaniu się planety. Myślę o nim jak o pewnego rodzaju szansie. Szansie na nawiązanie więzi z dziećmi, zwolnienie tempa życia.

Uwielbiam poranki gdzie nikt nigdzie się nie spieszy, razem robimy i jemy śniadanie. Kawę piję z mężem po czym on siada do swojej pracy, ja siadam z dziećmi do nauki. W międzyczasie robimy obiad. Życie zaczęło płynąć wolniej- tak jak kiedyś. Zanim wprowadziliśmy się do Wrocławia. Mieszkając na wsi nie widzi i najczęściej też nie bierze się udziału w tym wszech otaczającym mnie od 3 lat pędzie życia. Zwolniłam. Zaczęłam słuchać samej siebie. Zaczęłam robić kursy dla swojej wiedzy. Pomimo ciągłego przebywania z dzieci w domu- w końcu mam czas dla siebie. Być może jest to spowodowane dobrą organizacją, a może tym że wspieramy się wszyscy jako rodzina. Jest dużo mniej złości w nas. Staramy się pomimo odosobnienia, siedzenia w domu zapewnić dzieciom  takie dzieciństwo jak sami mieliśmy. Nie chcemy by ich głównym wspomnieniem była walka ludzkości z pandemią.

 

 

Żyjemy w czasach kiedy w aptekach brakuje płynów dezynfekujących- jako optymistyczna racjonalistka zamiast płakać nad tym, że nie zdążyłam go kupić zrobiłam inaczej. Wlałam alkohol do dozownika zamiast płynu dezynfekującego- póki co nie jesteśmy zarażeni więc domowa kwarantanna która sami sobie zrobiliśmy oraz wszelkie podstawy higieny działają! (a jeśli braknie wina to można przenieść się do łazienki 😉 )

 

 

W czasie tych dwóch tygodni zrozumieliśmy, że to MY- my jako rodzina jesteśmy ważni. To właśnie teraz nauczyliśmy się współpracować. To teraz uświadomiliśmy sobie czym jest prawdziwa miłość. Każdemu z osobna i wszystkim naraz życzę podobnych odczuć w związku z tym trudnym dla świata czasie.

 

Idąc do przodu

Idąc do przodu

Minęły 2 miesiące nowego roku, a w życiu mojej rodziny zaszły ogromne zmiany.

1. Z nowym rokiem pożegnaliśmy nasze długi.

2. Zmieniliśmy mieszkanie- teraz mieszkamy na parterze w mieszkaniu do którego przynależy ponad 100 metrowy taras z placem zabaw na wyłączny użytek. Nie mamy pod sobą sąsiadki która wiecznie doszukuje się problemów w sąsiadach, a co najważniejsze- układ mieszkania jest niebo lepszy od poprzedniego.

3. Paliłam przez wiele lat swojego życia- już nie palę, udało mi się rzucić. Na ten temat pewnie zrobię cykl wpisów.

4. Skończyłam korektę e-booka napisanego przez Agnieszkę z Rodzina na kredyt – cieszę się z tego jak cholera ponieważ napisanie, korekta, redakcja zajęła nam więcej czasu niż myślałyśmy- ale, teraz już MAMY TO!! Jesteśmy na finiszu.

Pisząc ten wpis ja jestem niestety drugi już raz w tym roku na antybiotyku z powodu… anginy. Takie to klasyczne u mnie, ale dotychczas miałam z nią do czynienia 2 razy w roku. Pierwszy raz na początku roku, drugi około czerwca/lipca. Po cichu mam nadzieję, że właśnie teraz „odrabiam” cały rok.  Moja angina to jednak pikuś biorąc pod uwagę, że zaraziłam najmłodszego… bakterią wywołującą anginę oraz… szkarlatynę. Jak możecie się domyślić jemu trafiła się szkarlatyna. Póki co nikt w domu więcej się nie zaraził i mamy nadzieję, że tak zostanie, chociaż jest to mało prawdopodobne biorąc pod uwagę nasze szczęście i wysoką zaraźliwość szkarlatyny.

Od tych kilku dni kiedy mieszkamy już w nowym miejscu, a ja odzyskałam wewnętrzny spokój. Potrafię skupić się nad pracą, nie wyganiam dzieci spać o równej 19, nie kłócimy się o „byle pierdołę” z mężem. Czuję się spokojniejsza, wolna, mam  energię do działania, a przede wszystkim wiem, że razem z mężem poradzimy sobie ze wszystkim.

 

 

Albo na maksa albo wcale

Albo na maksa albo wcale

Rok 2019 był dla mnie swego rodzaju rokiem przełomowym. To w tym roku podjęłam sporo istotnych decyzji w moim życiu. To właśnie teraz skupiam się na sobie. Przede wszystkim przestałam tuszować swoje problemy. Przestałam udawać, że ze wszystkim sama sobie daję radę. Zaangażowałam męża (który de facto cały czas próbował sam się zaangażować, a ja mu na to nie pozwalałam- no bo przecież nie zrobi tego tak dobrze jak ja. Pranie źle rozwiesi, zmywarkę źle załaduje. Tylko ja zapamiętam każdą umówioną wizytę) w ogarnianie domu, dzieci, problemów.  Zmiana następowała powolutku, ale to właśnie na początku października w moim życiu miała miejsce sytuacja po której powiedziałam sobie DOŚĆ.  Samej sytuacji nie opiszę ponieważ nie uważam żebym była gotowa na tak duże uzewnętrznienie się, aczkolwiek gwarantuję- strach który odczuwałam przez blisko półtorej tygodnia, który nie malał, który zaczął rządzić moim życiem był tak mocny, że dał mi do myślenia jak nic nigdy wcześniej.

Zaczynając od początku. We wrześniu tego roku zostałam sama w domu. Najmłodszy rozpoczął swoją przygodę z przedszkolem. Ta błoga cisza, chwile spędzone sam na sam z mężem bez dzieci za ścianą… No po prostu niebo. Nie minął wrzesień, a mnie zaczęło nosić. Mniej więcej w tamtym okresie trafiłam na cudowną Agnieszkę Dawidowicz. Autorkę bloga Rodzina na kredyt

Aga poszukiwała osoby która zajmie się korektą jej e-booka. Spontanicznie, bez żadnego przemyślenia zgłosiłam się. To była chyba najszybciej podjęta decyzja w moim życiu. Jeśli kiedyś określałam się mianem osoby spontanicznej, tak teraz mam pełne potwierdzenie moich słów. Czekałam kilka lat na taką szansę- to jest to co lubię robić. Skąd wiem, że to jest właśnie to? Otóż kilka lat wcześniej dostałam niepowtarzalną szansę na spróbowanie sił w tej „bajce”. Wpierw tylko czytałam, sugerowałam poprawki, a po czasie dostałam pełen dostęp do portalu meteomodel.  Zawsze będę wdzięczna autorowi strony za możliwość współpracy (do dziś można mnie tam spotkać jako Wredną Panią Moderator).