Tag: dzieci

Thermomix- pierwszy miesiąc

Thermomix- pierwszy miesiąc

Od 23.12.2020 mamy w domu Thermomix i korzystamy z niego właściwie cały czas. Wszystko z nim jest łatwiejsze, a co najważniejsze w końcu i mi ciasta wychodzą. Gdybyśmy wcześniej wiedzieli, że to tak świetny gadżet (tak- traktujemy to jak gadżet bo ukrywać nie będziemy, że i bez niego da się żyć i wszystko co z nim to i bez niego można zrobić) to nie czekalibyśmy miesiąca z podjęciem decyzji o jego zakupie.

Do dyspozycji mamy ponad 3 tysiące przepisów. Podczas używania go jesteśmy prowadzeni jak za rączkę. Wrzuć 100g truskawek (waży od razu więc widzimy na bieżąco ile już wrzuciliśmy) i dopiero po kliknięciu „dalej” mamy kolejną komendę itd itd. Czasem się śmiejemy, że thermomix to urządzenie dla opornych w kuchni. Nawet dziecko, które potrafi już czytać zrobi w nim wszystko.

Thermomix jest drogi, właściwie to ma się ochotę rzec, że jest w ch** drogi, ale jeśli mamy być szczerzy to są to chyba najlepiej wydane pieniądze w karierze naszego związku (na gadżety, zabawki).

Marcin do ostatniej chwili, Ba! Nawet jak już zajadał z niego zupę grzybową (którą zachwalał) podczas wigilii doszukiwał się jakiegoś „ale”. Niestety został pokonany, kiedy chciał zetrzeć na sos marchewkę i paprykę(żeby dzieciaki zjadły), a ja nie miałam ochoty bawić się tarką i zaprzyjaźnił się bliżej z urządzeniem.

 

 

Ugotowane/upieczone z pomocą urządzenia thermomix w ciągu miesiąca:

*barszcz

*grzybowa

*sałatka jarzynowa

*sernik królewski

*twarożek z warzywami

*sos marchewkowy

*likier toffiffee

*jajka

*babka piaskowa

*pierogi z kapustą i grzybami

*placki po węgiersku z gulaszem

*ciasteczka maślane

*fasolka po bretońsku (ale tego nie polecam bo wyszła po prostu zmielona papka)

*zupa ogórkowa

*budyń czekoladowy

*gorąca czekolada

*makaron zapiekany z serem,  kiełbasą i papryką

*likier jajeczny

*kawa po koreańsku

*ciasto na pizzę (lepszego ciasta na pizzę nie jedliśmy, jest idealne)

*szarlotka

*pstrąg na parze z warzywami

*i kilka innych

 

Urządzenia używam do gotowania ryżu, gotowania na parze, gotowania jajek. Jeśli robię coś w sposób tradycyjny to będzie to albo rosół, jakieś duszone w sosie mięso lub gulasz. Są potrawy do których się nie przekonam żeby zrobić je w Thermomixie- przede wszystkim rosół.

Thermomix z pewnością daje nam spore oszczędności i czasu i finansów. Z resztek zawsze coś na szybko wymyślę, a nie wyrzucę. Nie stoję nad deską żeby pokroić cebulę, zetrzeć buraki, jabłka czy cokolwiek innego. Niektórzy uważają, że to urządzenie nie jest dla rodziny wielodzietnej bo jest za małe. Ja wtedy pytam- to ile wy jecie? Zdarza się, że zupy zostaje, czasem jest idealnie na styk, ale nigdy dla nikogo nie brakło.

Wspomnienia na zawsze

Wspomnienia na zawsze

Po niedzielnym obiedzie rodzice zbierają mnie i siostry. Idziemy spacerkiem 2,8 km wzdłuż wałów przy Wiśle. Oglądamy ogródki, czasem przystajemy na chwilę by zaraz wyprzedzić rodziców i pobiec przodem. Cieszymy się. Prawie każda niedziela jest TYM dniem. Kiedy schodzimy już z wałów czeka nas jeszcze 15 minut spacerkiem wzdłuż drogi, ale od tabliczki z nazwą miejscowości już biegniemy. Widzimy ten dom, ten ogródek. Widzimy miejsce w którym zawsze pachnie pysznym jedzeniem. Przekraczając próg biegniemy do spiżarki i czeka tam na nas sok „Kubuś” i Prince polo.

Rodzice piją kawę, rozmawiają z wujkiem (cudowne czasy, kiedy to wujek jeszcze był na miejscu), a my wspinamy się po schodach by zaraz z samej góry zjechać po nich na tyłku i tak w kółko.

Sok, cytryna, ciepło to wspomnienie herbaty. Herbaty, które i nasze dzieci mają zaszczyt pić. Niska, miła i delikatna starsza pani uśmiechająca się do nas.

Ciemna, zagmatwana piwnica ze stromymi schodami… Ta piwnica to taki niedostępny/ zakazany rejon budzący ciekawość. Strych i niedostępne rejony bo „deski niepewne”

Świeżo skoszona trwa. Starszy pan siedzący na ławce przed domem. Nowe schody wejściowe budowane przez tego cudownego starszego pana i jego kolegę w jedne z wakacji.

Nocowanie w ogródku pod namiotem i ucieczka w nocy do domu. Ogromna ciepła i ciężka pierzyna.

Pyszne kanapki wieczorem w niedzielę z masłem, serem, szynką, ogórkiem, pomidorem- takie tylko ona potrafi zrobić…

Krzyżówki, dużo krzyżówek i stary, zżółkły słownik z hasłami.

Kakao- mleko rozrobione z wodą- ten niepowtarzalny smak miłości.

Kryształy i serwetki.

Zdjęcia rodziców, moich sióstr, kuzyna.

Pyszne pączki domowej roboty. Chleb z cukrem. Zapachy pieczonego ciasta.

Wspólne uczęszczanie na msze i te uszczypnięcia by zwrócić uwagę 😅

Spacerki wokół kościoła z tym cudownym starszym panem.

Odprowadzanie do domu.

Zawsze uśmiechnięty wyraz twarzy.

Ostatnie drobne dane nam do reki na lody.

Drobne upominki sprawiające dużo radości.

Opieka kiedy rodzice są w pracy.

Zawsze ciepłe powitanie.

Zapach siana.

Ciepłe mleko prosto od krowy.

Gra w szachy.

Makowiec…

Babcia. Dziadek. Osoby, które każdą pochmurną pogodę potrafią przemienić w słoneczne, pełne ciepła wspomnienie. Ich uśmiech, zaangażowanie, miłość którą nas obdarowują każdego dnia. Babcia i dziadek to takie ziemskie anioły czuwający nad wnukami. Niektórzy odchodzą wcześniej by czuwać z góry, inni zostają z nami dłużej tu na ziemi. Nie ważne jak szybko odeszli wspomnienia o nich wciąż są żywe. Wspomnienia z dzieciństwa z babcią i dziadkiem zostają z nami na zawsze. To oni ten starszy pan i starsza pani rozpieszczają nas, czasem karcą, ale wiemy że nas kochają.

Grudzień 2020- 31 zł na dzień

Grudzień 2020- 31 zł na dzień

Kolejny miesiąc za nami więc przyszedł czas na podsumowanie. Jak wiadomo grudzień to jeden z cięższych miesięcy w roku ( w naszym osobistym zestawieniu zajmuje drugie miejsce, zaraz po wrześniu). Na ten miesiąc mieliśmy po opłaceniu rachunków po 31 zł na dzień.

Daje nam to: 

Na życie całość:            ~ 870 zł

Na życie tygodniowo:       217 zł  (67 zł więcej niż miesiąc wcześniej)

Na życie dziennie:             31 zł

Odłożone w miesiącu grudniu:    20 zł  

 

 

Czy było ciężko? Skłamałabym jeśli powiedziałabym, że nie, ale z pewnością było łatwiej niż w listopadzie. Pomimo dodatkowych wydatków mieliśmy 11 zł więcej na dzień niż poprzednio. 11 zł z każdego dnia w miesiącu daje nam 319 zł. Kwota 319 zł starczyła na ogarnięcie świąt. Prezenty były kupione wcześniej, część produktów spożywczych miałam w domu:

-suche kupione wcześniej

-wędzone oczywiście takie z prawdziwego wędzenia naszych rodziców

-margaryna, masło itp wyciągnięte z zamrażalnika także kupione wcześniej

 

Ważne. Święta trwają 3 dni- nie kupujmy, nie róbmy jedzenia jakby miał nastąpić koniec świata w ten sposób zaoszczędzimy sporo kasy.

 

Dużo mniej udało nam się odłożyć ponieważ kupiliśmy thermomix (na start zapłaciliśmy 890 zł właśnie z oszczędzonych pieniędzy, prezentów oraz z kwoty, którą według obliczeń mogliśmy odłożyć w grudniu). W związku z zakupem thermomixa od stycznia dochodzi nam rata 119 zł, której na szczęście w lutym już nie odczujemy ponieważ te 119 zł to będzie tylko 20% z tego co jeszcze w styczniu musimy zapłacić (w styczniu spłacamy do końca 2 inne zobowiązania, które miesięcznie pochłaniały około 600 zł).

Przyznając się musiałam od rodziców pożyczyć 50 zł (nie wzięliśmy pod uwagę, że Marcin tyle razy będzie musiał jechać w tym miesiącu do firmy przez co będzie trzeba dołożyć do paliwa).

Za kwotę 270 zł tygodniowo można już poszaleć 😂 Oczywiście zakupy robiliśmy przede wszystkim w Lidlu, gdzie z aplikacją mamy zniżki, a dodatkowo naliczają się także zniżki z kartą dużej rodziny co w skali miesiąca daje sporo oszczędności. Pieczywo kupujemy w Hercie (dobry chleb i bułki). Warzywa na rosół kupujemy w warzywniaku, a owoce, ziemniaki czy marchewki w Lidlu (jak dobrze pamiętam mamy tam właśnie na warzywa i owoce 10% rabatu z KDR).

Kapsułki do prania, domestos i tym podobne środki kupuję na allegro co miesiąc w jednym sklepie- mają świetne ceny.

Paliwo miało starczyć z naszego wyjazdu na początku grudnia do domu, niestety Marcin odwiedził firmę więcej razy niż było to brane pod uwagę. Jeden taki przejazd kosztuje go około 10 zł (plus minus), dodatkowo były też inne wyjazdy (do lekarza, czy do sklepu- w większości chodzimy na piechotę do sklepu, bo piekarnie i warzywniak mamy blisko, ale po większe zakupy do Lidla jeździmy samochodem). Tak więc na paliwo doszło 100 zł w tym miesiącu plus 50 zł, które pożyczyłam.

Dzieciaki w tym miesiącu miały pełen luz i właściwie jeśli któreś coś chciało, czy to puzzle czy książkę od razu było zamawiane… Tym sposobem paczkomat odwiedzaliśmy codziennie przez bite dwa tygodnie. Nie żałujemy tego bo dzieciaki korzystają z tego co zamówiły, bawią się, a puzzle układamy wszyscy razem.

Największa kwota w tym miesiącu została wydana jak poprzednio na owoce i warzywa- tygodniowo około 80 zł.

Kolejny wydatek to pieczywo- tygodniowo to 65 zł.

Środki czystości (pranie, zmywanie, sprzątanie, higiena)- tygodniowo jakieś 15 zł (część środków mam kupionych na promocjach)

Mięso- tygodniowo 50 zł (zamrażarkę mam jeszcze w połowie pełną)

Pozostała kwota została wydana na napoje, przekąski, twaróg (generalnie drobizna)

 

Miesiąc grudzień zamykamy z długiem w kwocie 50 zł.

 


 

W styczniu po opłaceniu wszystkich rat, zajęć dodatkowych, opłat za mieszkanie zostaje nam 39 zł na dzień.

 

Święta 2020

Święta 2020

Wbrew pozorom święta 2020 były rodzinne, ciepłe i pełne miłości. Nie spodziewaliśmy się, że wyjdą one tak fajnie pomimo braku bliskich nam osób.

Jak już wiecie z podsumowania 2020 ten rok nie należał do najłatwiejszych. Tak samo jak rok i święta nie były łatwe. Z dala od rodziny, z dala od rodzinnych stron. Z dala od widoku lasu i gór. Te święta spędziliśmy we Wrocławiu kameralnie tylko z naszą szóstką. Bez spiny, że nie zdążymy czegoś przygotować i tutaj ukłon w stronę Thermomix® TM6 (dzięki niemu czas przygotowania wszystkiego skrócił się do minimum), bez stresu na drodze w drodze do i z Wrocławia (tutaj muszę zaznaczyć, że od dłuższego czasu cholernie boję się podróży samochodem. Być może ma to związek z jazdą z dziećmi bo jadąc sami nie mam takich oporów). Przed każdą podróżą muszę wziąć leki uspokajające, a jeśli ich nie wezmę(co zdarza się często) to niestety Marcin ma w samochodzie upierdliwego, wszystkowiedzącego pilota. Bez stresu, że znów będzie jakaś kłótnia rodzinna (no niestety to do siebie mam, że po 2-3 dniach nieobecności w domu zaczyna mnie szlak jasny trafiać i daję się dużo za szybko sprowokować). Bez przeżarcia (no cóż… Czy da się odmówić mamusi, babci czy cioci jakiegoś pysznego ciasta lub mięska 🤣?) Bez wmuszania do siebie czegoś czego nie lubimy bo tak trzeba/bo nie chcemy urazić/bo nie wypada nie spróbować. Bez spiny, że dzieciaki są za głośno. Bez martwienia się czy przez naszą wizytę ktoś nie zachoruje (covid). Bez sztucznych uśmiechów, niezręcznych życzeń.

Te święta były po naszemu. Były połączeniem dwóch tradycji wigilijnych (tych Marcina z domu i tych z mojego domu) z których wybraliśmy tylko to co nam obu odpowiada. Nie było kompotu z suszek/ wędzonych owoców, ale i nie było ziemniaków do wszystkiego. Nie było zupy rybnej, ale nie było też zupy fasolowej. Nie było karpia, ale był pstrąg i paluszki rybne i było duuuużo grzanek. Były też uszka z barszczykiem na wodzie z ugotowanej szynki, którą Marcin wędził z tatą podczas ostatniej wizyty w domu zrobionym z zakwasu który zrobili moi rodzice. Były pieczarki faszerowane grzybami z cebulką.

Święta była na luzie z grami, filmami i pracą (dyżur Marcina, podsumowanie roku na blogu). Po roku użytkowania tik-toka przyszedł czas na własne filmiki, a wszystko dzięki Samsung Galaxy S20 Ultra który ma zajebisty apart (mój poprzedni telefon to Huawei mate 20, którego także sobie bardzo chwaliłam (choć do dziś nie mogę prze-żałować, że się poskąpiliśmy i nie wzięliśmy pro- ale to raczej mój gadżeciarski głos się we mnie odzywa 🙃)).

Tegoroczne święta pomimo braku rodziny, pomimo braku śniegu, pomimo kłótni w dzień wigilii (no bo skoro wszystko już było gotowe, nie było co robić to było trzeba spełnić tradycję i się pokłócić) było idealnie.

 

Gdyby nie odległość to postawiłabym na taką wigilię co roku, a w kolejne dni świąt odwiedzanie bliskich. Owszem, troszkę było nam przykro, że dzieciaki nie miały w święta babć i dziadków, ale było video połączenie na messengerze, były telefony.

Prezenty były konkretne (thermomix był wspólnym prezentem, dzieciaki zabawki edukacyjne z Trefl, zabawki, które sobie sami wybrali, książki oraz zabawki dodatkowe).

Słodyczy pod choinką nikt nie znalazł- uważamy, że po co dawać pod choinkę skoro mogą leżeć na stole nie tylko w ten dzień ale i pozostałe dni by dzieciaki mogły się częstować (kiedy mają to przed nosem to nie jedzą tyle ile nagle dostaną jednorazowo).

 

 

 

 

Podsumowanie 2020

Podsumowanie 2020

Rok 2020 nie rozpieszczał naszej rodziny pod względem finansowym (covid- ucięte płace z konieczności brania 4 dni bezpłatnych w pracy w ciągu miesiąca) oraz zdrowotnym. Zostaliśmy też niejako odcięci od swobodnego odwiedzania rodziny (nie chcemy narażać bliskich). Zweryfikował w ogromnym stopniu nasze znajomości (to akurat ogromny plus). Pokazał, że potrafimy gospodarować naszymi finansami (szczególnie wtedy kiedy jest z nimi bardzo źle), aczkolwiek to nasi najbliżsi pokazali wtedy, że są naszym solidnym oparciem. Co prawda dopiero około kwietnia 2021 będziemy w stanie odkładać większą kwotę niż 100-200 zł miesięcznie,  ale jeszcze rok temu było tak źle, że w grudniu nie myśleliśmy o odłożeniu  pieniędzy, ale o tym od kogo pożyczyć żeby dożyć do wypłaty w styczniu.
Ten rok był ciężki także dla naszego małżeństwa. Dzieci na zdalnym, Marcin na home office, ja w domu pomiędzy dziećmi szkolnymi, przedszkolnymi,  Marcinem a w międzyczasie jeszcze pracą dodatkową. Miewaliśmy chwile w których oboje klneliśmy na tę sytuację  bo życie 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu razem z przerwami jedynie na wyjście do sklepu jest… trudne. Każde z nas ma humorki, każde potrzebuje przestrzeni. Do tego dzieciaki, które delikatnie mówiąc nie ułatwiały nam zadania. Problemy z niższym budżetem, a rachunkami takimi samymi, moje problemy hormonalne, nasze zamartwianie się o bliską nam osobę,  czasem złość,  że nie możemy nic zrobić  dawały mieszankę wybuchową.
Mieszankę, która wybuchała.  Wybuchała  płaczem, śmiechem, krzykiem, fochem. W zależności od tego ile akurat się nazbierało.

Mniej więcej w okolicy kwietnia wyrobiłam sobie plan dnia. O wiele lepiej radziłam sobie z sytuacją kiedy dzieciaki dostawały zadania na maila i musiałam z nimi przerabiać temat sama. Miałam swój harmonogram dnia. Z czasem i dzieciaki się przyzwyczaiły (aktualne lekcje zdalne mi osobiście nie pasują- dzieciaki spędzają za dużo czasu przy laptopach na lekcjach, a w większości i tak ciągle przychodzą z prośbą o pomoc w zadaniu). Mój rytm dnia stał się jednostajny,  wiedziałam, że nie marnuje czasu, a co ważne spędzałam go dużo więcej z dziećmi. Kiedy już plan dnia był ok, my z Marcinem wytworzyliśmy system, żeby się nie pozabijać to zaczęły się moje problemy z hormonami. Mój organizm zaczął odrzucać antykoncepcję którą aktualnie stosowałam (za szybko występujące okresy trwające 16-18 dni), ale niestety dalej w to brnęłam. Brnęłam w to bo wolałam moje dolegliwości fizyczne od tych psychicznych kiedy nie stosowałam hormonów (jazda bez trzymanki- ze śmiechu do płaczu, z płaczu do „wypierd***j. Odchodzę. Z odchodzę do łóżka. Z łóżka do „kurwa dlaczego akurat nas to spotyka). Totalna huśtawka nastrojów. W końcu zrobiłam przerwę na miesiąc, ale w międzyczasie otrzymaliśmy wiadomość o poważnej chorobie która wystąpiła u bliskiej nam osoby co spowodowało kolejną lawinę moich zmiennych nastroi.  Zapadła decyzja. Robię badania, ale w międzyczasie stosuje antykoncepcję. Właściwie odpuściłam z nią dopiero pod koniec listopada kiedy skończył się kolejny cykl. Ginekolog umówiony na 2 stycznia, ale taki prawdziwy, nie na niby bo od marca do teraz wszystkie wizyty były jako teleporady.

 

W połowie lutego przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Płacimy więcej, ale warunki dużo lepsze. Brak upierdliwej sąsiadki, której wszystko przeszkadza, taras, lepszy rozkład mieszkania. Czujemy się tu bezpiecznie, spokojnie, dodatkowo w czasie kwarantanny taras mega pomógł (niestety zwierząt do wyprowadzania nie mamy, a po za tym niech mówią co chcą. U Marcina w pracy niedawno zmarł jeden człowiek z powodu covida. Znajomy moich rodziców, którego znam od kiedy pamiętam  niestety znalazł się w szpitalu. Dla nas covid to nie zabawa).

Nasz dziubek (najmłodszy syn) w przedszkolu w tym roku był może miesiąc. Z jego słabą odpornością (z którą od początku mieliśmy problemy) ciągle coś łapie i wiemy. Po prostu wiemy, że jeśli zachorujemy na covid to właśnie on najciężej przejdzie… (chociaż nie wiadomo czy nie przeszliśmy tego już na przełomie 2019/2020 biorąc pod uwagę nasze chorowanie wtedy, objawy i delegacje Marcina). Pomimo, że nie uczęszcza do przedszkola nadal bardzo szybko i ładnie się uczy. Lubi uczyć się literek i cyferek. Zauważyliśmy, że bardzo zżył się z naszą najstarszą Magdaleną. Bierze przykład z niej co bardzo nas cieszy. Magdalena zaczęła przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej. Była to jej decyzja. Daliśmy jej wybór. Jeśli powiedziałaby, że nie chce to zaakceptowalibyśmy to.  Młoda tego roku także dojrzała, aczkolwiek doszły do tego humorki. Daniel moim zdaniem zrobił ogromne postępy w nauce, czytaniu z którym miał problem, a Niunia… jak to Niunia. Czasem foch, czasem foch z przytupem, aczkolwiek poznała literki i bardzo lubi ćwiczyć czytanie.

 

Ten rok bardzo nas do siebie zbliżył, pokazał jak ważna jest rodzina i pozwolił na powiedzenie słów które wcześniej nie padły, a były potrzebne. Finansowo stanęliśmy na nogi i teraz będzie/musi już być tylko z górki.

 

Pomimo, że rok do najłatwiejszych nie należał to otworzył nam oczy i wiemy, że kolejny, a później następny będą już tylko lepsze bo… mamy siebie.

 

 

 

Życzymy wszystkim szczęśliwego nowego roku.

Braku problemów

Wiele miłości

Zdrowia

Pomyślności

 

Rocznicowo- małżeństwo to przyjaźń i kompromisy

Rocznicowo- małżeństwo to przyjaźń i kompromisy

Posty zazwyczaj pojawiają się na blogu w sobotę, ale dla tego robię wyjątek i widzicie go dopiero w niedzielę 18 października. 18 październik to rocznica naszego ślubu cywilnego który miał miejsce w 2014 roku. Jesteśmy małżeństwem 6 lat, a 8 lat jesteśmy razem. Podobno obchodzimy cukrową rocznicę ślubu. Być może jest cukierkowo- kryzys 7 roku związku mamy już za sobą więc raczej nie spotka nas kryzys 7 lat małżeństwa.  Przez te kilka lat wiele razy kłóciliśmy się, godziliśmy, pakowaliśmy i wbrew wszystkiemu każda kłótnia, każda chęć rozstania scalała nas jeszcze bardziej. To właśnie wtedy leżąc wieczorami po kłótni, kiedy w domu panuje cisza, a dzieci już śpią przychodzą najgorsze myśli i pytanie ” A co jeśli go/jej zabraknie”. Przychodzi pustka w wyobraźni, płacz bo co jeśli już nigdy nie można byłoby poczuć ciepła tej drugiej osoby, usłyszeć jej głosu? Długo nie wytrzymujemy pokłóceni, godzimy się bardzo szybko. Nie mamy jakiegoś mega długiego stażu małżeńskiego są małżeństwa z wiele większym stażem, ale… przerobiliśmy już chyba większość sytuacji, które mogłyby rozwalić to małżeństwo, a jednak ciągle stoimy za sobą, kochamy się, pragniemy się, działamy razem, wspieramy się.

 

„Małżeństwo to wieczna rozmowa” Betty Jane Wylie

Tak, tak i jeszcze raz tak. Małżeństwo, które potrafi ze sobą rozmawiać, pary które potrafią argumentować swoje zdanie rozmową mają większą szansę powodzenia. Wyobraźmy sobie parę która nie rozmawia, ma do siebie o coś pretensje(nikt nie wie o co, bo przecież nie rozmawiają o problemach, o szczęściu, o miłości) i postawmy obok nich drugą parę, która rozmawia o swoich potrzebach, problemach, o tym co się podoba, a co nie. Jak myślisz? Która para ma większą szansę na przetrwanie?

My ze sobą rozmawiamy. Rozmawiamy o naszych potrzebach, problemach,o tym co nas uszczęśliwia, co nas martwi, o naszych planach. Nie wyobrażam sobie budować małżeństwa bez takiego fundamentu jak rozmowa.

 

Małżeństwa bywają nieszczęśliwe nie z braku miłości, ale z braku przyjaźni.”  Selma Lagerlof

O tym, że opieramy nasze małżeństwo na przyjaźni mogliście przeczytać już w kilku innych wpisach na tej stronie. Możemy mieć znajomych, przyjaciół, ale są sprawy których nie rozwiążemy z innymi. Są sprawy, dziury w małżeństwie które da się załatać tylko przyjaźnią, zaufaniem pomiędzy tą kochającą się dwójką. Zresztą… przyjaciel to ten który przytuli gdy trzeba, ale i w łeb rąbnie jeśli zajdzie taka potrzeba- tak jest między nami. Gdyby nie ta przyjaźń, gdyby nie to, że nie bawimy się tylko w rzyganie tęczą i potrafimy szczerze, jak dwójka przyjaciół ze sobą pogadać to dziś raczej byś tego postu nie czytał/a.

 

„Miłość to po­mie­sza­nie podzi­wu, sza­cun­ku i na­miętności. Jeśli żywe jest choć jed­no z tych uczuć, to nie ma o co ro­bić szu­mu. Jeśli dwa, to nie jest to mis­trzos­two świata, ale blis­ko. Jeśli wszys­tkie trzy, to śmierć jest już niepot­rzeb­na – trafiłaś do nieba za życia.” William Wharton

 

Szacunek i podziw to dwa elementy, które u nas są na porządku dziennym. Co rusz to sobie okazujemy. Jestem pod wrażeniem tego jak Marcin rozwinął się od kiedy się poznaliśmy, doceniam to i szanuję jego i jego pracę jaką włożył w to. Marcin zawsze powtarza, że podziwia mój upór bo jeśli czegoś chce, na czymś mi bardzo zależy to robię wszystko by to osiągnąć. W zeszłym roku z dnia na dzień wzięłam pod swoje skrzydła, jako lider dość spory (rozległy, kilka wsi w odstępie kilometrów) rejon w wolontariacie. Potrafiłam codziennie jeździć, odwiedzać ludzi w potrzebie, a jak przyszła potrzeba to postawiłam wszystko na jedną kartę. Zawalczyłam o rodzinę, która bardzo potrzebowała pomocy, ale ci wyżej nie ogarniali, że można mieć wydatki większe niż dochód. No halo! jeśli masz poważnie chore dziecko i 2 kola na miesiąc to nie zrobisz wszystkiego żeby kupić temu dziecku leku za 5 tysięcy?! No właśnie. Zastawisz się, sprzedasz co możesz, nabierzesz pożyczek. Niestety przez tę sytuację zrezygnowałam z tego wolontariatu- nie mogę pracować z ludźmi, którzy chcą pomóc, ale mają takie przepisy, że ci najbardziej potrzebujący mają problem by się dostać… W tym przypadku na szczęście się udało, rodzina otrzymała pomoc, ale czy udałoby się gdyby nie to, że Marcin cały czas był przy mnie, okazywał szacunek pomimo, że wieczorami płakałam bo nie miałam pomysłu jak ich wdrożyć do pomocy? Czy udałoby się gdyby Marcin nie mówił, że na pewno się mi uda, że jest ze mną, że podziwia mój upór? Nie wiem… raczej nie, bo jego wsparcie było kluczowe.

Namiętność. 6 lat po ślubie, 8 lat związku, a my nadal się sobą nie znudziliśmy. Nadal się pragniemy, nadal uwielbiamy wspólny seks. Bawimy się nim. Uwielbiamy go i staramy się nie popadać w rutynę.

 

 

Ostatni rok był dla nas ciężki. Większość czasu spędziliśmy razem. Na niecałych 70m2 w sześć osób. Czasem chciało się wyjść z domu bo najzwyczajniej w świecie ile można przebywać z jednymi tymi samymi osobami. Dzieciaki nie uławiały nam zadania. Dochodziło do spięć. Najtrudniejsze były pierwsze miesiące bo było trzeba przestawić się z ciszy i spokoju w domu na harmider jaki zazwyczaj zdarzał się tylko w weekendy. Z biegiem czasu było jednak coraz luźniej i teraz  już czekamy aż nasz rząd od siedmiu boleści zamknie podstawówki i zdrowie naszych dzieci przestanie być narażone. Marcin od początku miesiąca jest już na HO. Ja pracuję z domu, ale moje dzieci muszą narażać siebie a co za tym idzie i nas bo sanepid daje dupy(pomimo zakażeń w szkole nie zezwala na zdalną), a rząd myśli, że nie przyjdzie chwila kiedy to ludzie wyniosą ich na widłach. Nie chcieliśmy poruszać polityki, ale… jak tak patrzymy na to co dzieje się w Polsce, na nasz rząd to zastanawiamy się czy takie zwykłe podwórkowe dżdżownice nie mają więcej rozumu od naszych rodaków głosujących na PIS. Mam nadzieję, że nasza kolejna rocznica ślubu nie będzie się odbywać w Polsce w której rządzi bezprawie na czele z krasnalem który ma kota.

 

 

 

Moje szczęście- rodzice.

Moje szczęście- rodzice.

Długo zastanawiałam się czy publikować ten post, ale pożyczyłam trochę odwagi od Agnieszki, swojego butnego charakterku z młodości oraz swojej dojrzałości dorosłej kobiety i możecie przeczytać tekst poniżej. Na opublikowanie tego wpisu miał także wpływ, że do internetu wychodzą, różne sprawy z mojego życia- a o swoich sprawach wolę pisać sama niż czekać na plotki. Czeka Was też niespodzianka. Specjalny kod rabatowy 🙂

 

Wyobraź sobie, że nagle cofasz się do lat dziecięcych i słyszysz ciągłe kłótnie, jesteś przy tym jak tata bije mamę, uciekasz z domu do dziadków, nazajutrz do domu przyjeżdża policja. Wyobraź sobie, że wychowujesz się w patologicznym domu, gdzie rodzice to alkoholicy, a jedyne bliskie Ci osoby to dziadkowie. Wyobraź sobie jak Twoja mama pije alkohol… coraz więcej alkoholu, aż traci pracę i stacza się na sam dół. Co czujesz? Lata mijają, a Ty z siostrą trafiacie w końcu do domu dziecka. Jak reagujesz? Spadasz w dół czy może wykorzystujesz daną Ci szansę? TAK!! Szansę- dom dziecka jest szansą. Szansą na lepszy byt, na lepszy start. Szansą na poczucie BEZPIECZEŃSTWA! Szansą na to, że ktoś zapewni Ci odpowiednią opiekę…

„Moja mama straciła pracę w 2001 roku i tu zaczęła się linia pochyła dla mojej rodziny. Utrzymanie finansowe rodziny było na mamy barkach, a ojciec pracował „jak była robota”, teraz miało to się zmienić. Matka oczekiwała od ojca, że ten weźmie w końcu odpowiedzialność za swoje życie. Jednak tak się nie stało. Pieniędzy zaczęło brakować na wszystko. Mama zaczęła wędrówki do MOPS-u, jednak i te środki okazały się nie wystarczające. Bywały tygodnie kiedy rodzice nie trzeźwieli wcale. (…) Z pamiętnika: (pisany w wieku 17 lat)
„Czasami w domu byli goście do picia. Pili, krzyczeli, bawili się, a my z siostrą nie mogłyśmy zasnąć. Gdy nawet nam się to udało, to i tak w środku nocy byłyśmy rozbudzane pijackimi krzykami lub kłótniami. Często wtedy też leciała głośno muzyka. Do tej pory nienawidzę, gdy muszę obudzić się w środku nocy lub nad ranem. Aby uczyć się muszę mieć całkowitą ciszę. Aby nauczyć się czegoś na pamięć, muszę czytać i powtarzać tekst na głos. Bywało nawet, że mama wychodziła z domu i nie wracała przez dwa tygodnie. Kolejnymi razami ojciec, aby zatrzymać mamę zaczynał ją bić””

Potraficie wyobrazić sobie takie życie? Takie dzieciństwo? Ja przyznam szczerze, że nie. Moje wspomnienia to uśmiechy, rodzina, szczęście, nocowania u babci, ogniska całą rodziną, wycieczki rowerowe, wycieczki nad morze. Moje zdanie na temat mojego dzieciństwa jest mega pozytywne. Wiem, że byłyśmy z siostrami kochane, byłyśmy szczęśliwymi dziećmi- owszem kiedy przyszedł nastoletni czas troszkę się pozmieniało, ale nie z winy rodziców. Oni chcieli byśmy wyszli na ludzi. Pamiętam jak dostałam kiedyś od mamy przy znajomych na naszej słynnej „kolejówie”(most kolejowy) i wiecie co? Owszem nie wspominam tego miło, może czasem czuję jeszcze ukłucie złości za to, ale wiem, że zrobiła to z bezsilności. Nie mam jej tego za złe- chciała po prostu chronić swoje dziecko. Najstarsze dziecko, które mogło dać przykład młodszym siostrom, dziecko  które dało jej popalić jak żadne inne. Dziecko przez które wylała morze łez, a jednak dziecko które do dziś wspiera. Spytacie co takiego to dziecko odpierdalało. Już śpieszę z wyjaśnieniami.

Po pierwsze towarzystwo. Mieszkając w małym miasteczku każdy wie która rodzina to patologia, które dzieciaki to zło, które dzieciaki to ulica. Dziś będąc dojrzałą kobietą, matką, wstydzę się, że obracałam się w tak skrajnie patologicznym środowisku- tak moi starzy znajomi to w większość(nie mówię, że wszyscy) po prostu dzieciaki z patologicznych rodzin, które robiły wszystko by… nie wiem stać ponad prawem? Pokazać, że im wszystko wolno. W większości nie była to ich wina- rodziny się nie wybiera. Kto ich miał wychować gdy rodzice pili lub ćpali? Co te dzieciaki miały wynieść z domu? Jaki wzorzec miały powtórzyć? Moi rodzice wiedzieli, że wpadłam w złe towarzystwo. Chcieli po prostu ratować swoje dziecko.

Po drugie rodzice wiedzieli, że palę papierosy, że piję alkohol. Jedyne czego nie tknęłam to narkotyki. Kiedyś powiedziałam, że narkotyki to gówno, a gówna nie tykam. Marihuana? Też nie. Pierwszy raz do czynienia miałam z nią w 2012 roku już jako dorosła kobieta- będąc pod opieką mojego teraźniejszego męża. Dopiero przy nim poczułam się na tyle bezpiecznie by spróbować czegoś co wśród moich znajomych z lat nastoletnich było powszechnym zjawiskiem. Zastanawiacie się dlaczego o marihuanie napisałam osobno, jakby to nie był narkotyk? Wyjaśniam- marihuana w wielu krajach jest środkiem leczniczym, szkodzi mniej niż alkohol, uśmierza ból, łagodzi różne stany chorobowe- nie rozumiem i nigdy nie zrozumiem, że nasz polski rząd jest tak głupi, że nadal jej nie zalegalizował! Do dziś mam ubaw jak widzę dupny nagłówek- Diler złapany, miał przy sobie 2 gramy marihuany. Ej no…. Nie wiem policja nie umie złapać prawdziwego dilera, handlującego narkotykami które naprawdę są niebezpieczne? Państwo nie umie policzyć ile do budżetu wniosłaby legalizacja marihuany? Czy naprawdę państwo polskie musi tak bardzo utrudniać życie ludziom chorym, którym na przykład na ból pomaga tylko ten o jakże niebezpieczny narkotyk?!

Po trzecie moje miłostki. Z tego punktu można by napisać książkę. Owszem, z żadnym z nich nie doszło do niczego więcej, ale za rączkę było chodzone. W większości byli to właśnie Ci z tych… trudniejszych rodzin- wiecie jak to jest- Łobuz kocha najbardziej. Jeśli mam być szczera to w moją pamięć zapadło dwóch, których jakby nie było, jacy by nie byli wspominam z pewnym sentymentem, ale nie dlatego bo to była miłość, raczej po prostu przyjaźń potrafiliśmy się dogadać no i co najważniejsze zawsze stawali murem za mną. Kontakt, rzadki, raczej taki typu „Hej co u Ciebie?, Dobrze, a u Ciebie? Leci jakoś” mamy do dziś. Wiem, że niektórzy wyszli na ludzi, wyszli ze swojego bagna, ale…  nie chciałabym się z nimi spotkać. Po prostu. Wiodę szczęśliwe życie, a przeszłość zostawiłam za sobą. Moi rodzice podświadomie wiedzieli, że z tych moich miłostek mogą być problemy…. No cóż- w pewnym sensie się nie mylili. Pewnego lata mając 17 lat poznałam pewnego faceta- cóż, gdybym wtedy wiedziała o tej rodzince to co dziś wiem- pewnie nie miałabym dwójki wspaniałych dzieciaczków. Zaznaczę to nie była jakaś patologiczna rodzina(dało się zauważyć pewne niedociągnięcia, ale wiecie, że zakochana osoba widzi świat przez różowe okulary). Wszystko zaczęło zmieniać się z czasem…. W dniu dzisiejszym, 11 lat po poznaniu, 8 lat po rozstaniu uważam, że ta miłostka była największym błędem mojego życia z którego mam dwójkę wspaniałych dzieci o czym nie wiedzą ich dziadkowie od strony ojca, o czym nawet sam ich ojciec nie do końca wie ponieważ w 2013 lub 2014 zaprzestał jakichkolwiek starań o dzieci, zaprzestał kontaktów, a jeśli coś wie to wie to dlatego bo go o tym poinformowałam(taki typowy dawca nasienia który cały obowiązek wychowania dzieci przeniósł na Marcina. To Marcin jest tatą dzieci, to Marcina rodzice są dziadkami od strony taty. To Marcin w nocy jedzie z dzieckiem do szpitala, to Marcin podaje leki, to Marcin uczy tabliczki mnożenia, to Marcin daje im miłość i bliskość taty). Nie mówię, że biologiczny nic nie robi. Robi- płaci alimenty po 450 zł na jedno dziecko. Płaci je systematycznie od czasu kiedy pokazałam mu, ze nie płacąc dobrowolnie będzie płacił przez komornika(dodatkowe koszty dla niego). Po za tymi alimentami cały ciężar wychowania dzieci spoczywa na mnie i Marcinie. To my płacimy za dodatkowe badania, to Marcin wziął pakiet medyczny na dzieciaki w pracy, to Marcin pokazał im, że tata kocha. W dniu dzisiejszym nie czuję już złości do biologicznego ojca moich dzieci- wręcz przeciwnie. Żal mi go. Stracił coś co będzie mu ciężko odzyskać. Stracił miłość swoich dzieci, stracił lata z życia dzieci tylko i wyłącznie z własnej winy. Jeśli chciałby kiedykolwiek odzyskać kontakt z dziećmi to spotkania byłyby tylko pod nadzorem psychologa(dzieciaki wiedzą, że tata Marcin nie jest biologicznym tatą, ale nie chcą kontaktów z biologicznym. Magdalena zakazała podawać mu swój numer telefonu. One czują, że rodzina to tak która wspiera).

Po czwarte szkoła. Do połowy 5 lub 6 klasy szkoły podstawowej byłam może nie wzorową (bo matematyka nigdy nie była moją mocna strona), ale dobrą uczennicą. Lubiłam się uczyć. Wszystko zmieniło się gdy na pierwszej dwudniowej wycieczce do Zakopanego kolega miał paczkę papierosów (L&M niebieskie). Pech chciał, że była z nami córeczka naszej wychowawczyni na wycieczce(chyba nikt nie darzył sympatią tej dziewczynki- typowa córeczka nauczyciela która doniosła wszystko). Doniosła na nas, że paliliśmy. Po powrocie wizyta rodziców w szkole, nerwy, krzyki. To wtedy wszystko się zmieniło. To wtedy na przekór wszystkim zaczęłam robić co chce. Wyniki w nauce się pogorszyły, nowe towarzystwo(z punktu pierwszego). Wtedy weszłam w okres buntu który trwał kilka lat. Moje wyniki w nauce były co najmniej słabe( ale nigdy nie zostałam w tej samej klasie), zachowanie nieodpowiednie lub naganne. Wagary.

Po piąte ucieczki z domu. Co tu dużo mówić- bywały i one. Z listami do rodziców czy bez. Z czego wynikały? Ze złości, że ktoś mi czegoś zabrania.

 

Dziś cieszę się, że moi rodzice do końca o mnie walczyli, wspierali pomimo, że tego nie widziałam- czy wręcz nie chciałam widzieć. Tylko dzięki nim wyszłam na ludzi i dziś nie jestem patologicznym żulem, a osobą która ma szczęśliwe życie, cudowne dzieci i wspaniałego męża. Jeśli kiedyś któreś z moich dzieci pójdzie w moje ślady, wiem, że będę o to swoje dziecko walczyć tak jak o mnie walczyli mama i tata. Zawsze będę pamiętać ile dla mnie zrobili, zawsze będę im za to wdzięczna. Wiem, że to przeczytają bo śledzą mojego bloga dlatego z tego miejsca chcę powiedzieć DZIĘKUJĘ I PRZEPRASZAM. Zawsze łatwiej było mi pisać niż mówić, będziecie zdziwieni, ale moi rodzice dopiero teraz te słowa wypowiedziane/wypisane przeczytają. Nigdy wcześniej się na to nie zdobyłam. Nigdy wcześniej nie potrafiłam. Dopiero współpraca z Agą, praca nad jej e-bookiem uświadomiła mi, że muszę to zrobić. Dopiero teraz dojrzałam do tych słów, pomimo że już lata temu zrozumiałam ile oni dla mnie zrobili. Dopiero teraz jestem w stanie powiedzieć- Mamo, tato dziękuję.

 

Niestety niektórym dzieciom się nie udaje. Niektóre nie mają takiej rodziny, rodziców jak ja. Niektóre trafiają do domu dziecka, do placówek, czy zostają w swoim patologicznym domu w którym nie mają wsparcia jakie miałam ja. Jeśli chcecie wiedzieć jak radzą sobie dzieci w domu dziecka, co z nich wyrasta, czy mają szansę, czy… żałują, że tam trafiły koniecznie musicie przeczytać e-booka Agi z bloga Rodzina na Kredyt pierwszą część „Inwestycja w Lepsze Życie” oraz „Pomimo wszystko”  Aga pisze w nim o życiu w domu dziecka, o życiu w alkoholowym domu. O życiu po wyjściu z placówki. O życiu w dniu dzisiejszym kiedy sama jest już matką dwóch dzieci. Kiedy walczy o lepszą przyszłość dla nich.

 

Ode mnie po wpisaniu kodu rodzicenacztery10 macie rabat 10 zł na CAŁY koszyk w e-sklepie u Agi

 

 

 

 

 

 

Cytat pochodzi z e-booka „Pomimo wszystko” autorstwa Agnieszki Dawidowicz

 

 

Wrzesień- gorzej być nie mogło, a jednak wyszło dobrze.

Wrzesień- gorzej być nie mogło, a jednak wyszło dobrze.

Wrzesień- chyba każda osoba posiadająca dziecko wie z czym równa się początek roku szkolnego.

🚸ubezpieczenie

🚸 składka roczna/ półroczna

🚸komitet      Tutaj ważne info- ta płatność nie jest już obowiązkowa w szkołach i przedszkolach!

🚸przybory szkolne

🚸zajęcia dodatkowe

🚸buty na zmianę

🚸itd

W naszym przypadku to wydatek razy cztery.

Szczęście w nieszczęściu, że szkolne zakupy w tym roku zaczęłam już w czerwcu (znalazłam świetne promocje na allegro) oraz że zawsze mogę liczyć na najbliższych (za co jesteśmy im ogromnie wdzięczni i mamy nadzieję, że kiedyś przyjdzie czas kiedy będziemy mogli się odwdzięczyć), ponieważ wyszła dość przykra sprawa w naszej sferze finansowej. Dużo niższy dochód. Dla niektórych kwota jaką musieliśmy odjąć od budżetu jest niczym, ale dla nas we wrześniu dana kwota zostaje nam na życie (żywność, leki, nieprzewidziane wydatki). Tym razem jej nie mieliśmy, aczkolwiek nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i piszemy to kiedy do końca miesiąca- do kolejnych środków na koncie zostały jeszcze całe dwa tygodnie! Początkowo sytuacja wydawała się patowa. Wszelkie obliczenia wskazywały, że w miesiącu wrzesień po opłaceniu wszystkiego oraz zapewnieniu dzieciom wszystkiego co potrzebują w nowym roku szkolnym zostaje nam, a raczej nie zostaje kwota na minusie- czyli na życie nic nie zostało, a było trzeba jeszcze wybrać co jest ważniejsze i pilniejsze do opłacenia. Sprawa była tak poważna, że nie potrafiliśmy się z Marcinem dogadać, wręcz zastanawialiśmy się nad rozstaniem ponieważ padło kilka słów za dużo, nie mogliśmy znieść swojej obecności i w ogóle maskara – jak uwielbiamy się kłócić (tutaj muszę zaznaczyć, że nie jestem osobą która myśli i mówi, ale wpierw mówię a dopiero później myślę. Jestem połączeniem wody i ognia. Oaza spokoju, a zarazem diabeł wcielony), a później godzić, jak nasze kłótnie normalnie są mega intensywne (mniej więcej tak jakby przechodziła burza w górach), tak tym razem to było jak burza lodowa, ogniowa, piaskowa i śnieżna razem wzięte. Oczywiście jak to u nas bywa kilka dni później jesteśmy już znów najszczęśliwsza parą pod słońcem i wiemy, że RAZEM poradzimy sobie ze wszystkim bo najważniejsze to mieć sojusznika, ale i przyjaciela w drugiej połówce.

Jak sobie poradziliśmy, że dziś jesteśmy spokojni, a nawet spokojniejsi niż miesiąc wcześniej, że zamrażarkę mamy pełną (dosłownie- NIC, absolutnie nic już w niej nie upchnę), składki w szkole i przedszkolu opłacone? Bardzo prosto. Jeśli masz lub kiedyś będziesz mieć problem podobny do naszego te punkty niżej są dla ciebie. Pomyśl czy nie dasz rady skorzystać z jednej z tych rad.

1. Najbliżsi- może będą w stanie pomóc? Nie wstydź się prosić- każdemu może się noga powinąć.

2. Ponowne przeliczenie wydatków.  U nas po kolejnym, spokojnym przeliczeniu wyszło, że pomyliłam się o 100zł w rachunkach więc jesteśmy 100zł do przodu.

3.Rozdzielenie opłat na:

*najważniejsze

*ważne

*mogą poczekać do kolejnego miesiąca. Pamiętaj, żeby zawsze przeliczyć czy nie obciążą zbyt mocno budżetu na kolejny miesiąc!

4. Jesteśmy na 100% pewni, że masz w domu coś czego nie używasz, a można to sprzedać i uzyskać dodatkowe środki. W ten sposób zyskaliśmy dodatkowe 600zł.

5. Korzystaj z promocji. Moja zamrażarka jest pełna ponieważ odkryłam, że w moim Lidlu co rano mięso jest -50%. Tym sposobem np. za filety z kurczaka płaciłam 8zł/kg

6. Nie załamuj się! Nie ma sytuacji bez wyjścia!

7. Nie marnuj! Ze suchego chleba można zrobić grzanki (które nasze dzieciaki jedzą jak chipsy 😂 ).

W naszym wspólnym życiu mieliśmy kilka poważnych upadków finansowych- z tego powodu zresztą zmieniliśmy miejsce zamieszkania. Dlaczego? Wiedząc ile zarabiają informatycy to ileż czasu można było znosić, że w naszych rejonach wtedy informatyk zarobił najniższą krajową? Pierwsza praca Marcina we Wrocławiu, na gorszym stanowisku od tego jakie pełnił u nas  równała się 3 tysiące więcej miesięcznie. Marcin mógł się w końcu rozwinąć, praca na miejscu więc i łatwiej było zgrać jego pracę z moją (wcześniej same dojazdy zajmowały prawie godzinę w jedną stronę). Po około 3 miesiącach od przeprowadzki nastąpił przełomowy moment. Marcina zatrudnili w dużej firmie. Od tego czasu systematycznie nasza sytuacja finansowa się poprawia, Marcin krąży po świecie, a przy okazji poznaliśmy super chłopaków co znaczy, że grono moich znajomych którzy mają związek z informatyką powiększyło się o kolejne kilka osób. Taki mój fart w życiu, że 3/4 moich znajomych to… informatycy   👨‍💻

Bywało różnie, bardzo różnie, ale zawsze mieliśmy siebie. Byliśmy wsparciem dla siebie. Bywały chwile gdy musieliśmy się pozbyć resztek wstydu i pójść do sklepu po chleb „na zeszyt”, wtedy najmłodszy potrzebował mleka modyfikowanego w dodatku nie zwykłego, ale specjalistycznego dla dzieci ulewających. Mała puszka kosztowała tyle co duża paczka zwykłego MM. Spore sumy szły także na paliwo ponieważ młody jako wcześniak (dodatkowo taki który na wadze słabo przybierał ponieważ co wypił to zwrócił) był pod opieką kilku poradni specjalistycznych.  Zawsze rozwiązujemy problemy razem. Kiedy próbujemy działać osobno zawsze coś się spier**** więc pamiętaj, że wsparcie jest ogromnie ważne. Jeśli nie masz tego wsparcia w bliskiej Ci osobie to zapraszam na grupę  LEPSZE ŻYCIE  na Facebooku, którą prowadzi  Aga z bloga Rodzina na Kredyt Aga napisała także 2 e-booki dotyczące finansów, długów i oszczędzania. Pierwszy to „Inwestycja w Lepsze Życie” a drugi „Pomimo wszystko” który trafi do sprzedaży 27.09.2020

 

 

 

Zakupowe hity część 2

Zakupowe hity część 2

1. Trzykrotka

Rośliny domowe, na parapet w mieszkaniu u mnie kompletnie nie zdają egzaminu. Wszystko usycha. Dosłownie po miesiącu, dwóch moje piękne roślinki stają się po prostu badylami lub w doniczkach zostaje… sama ziemia 🤦‍♀️ W całej mojej karierze w hodowaniu roślin tylko jedna żyła ponad 4 lata w dodatku udało mi się ją rozmnożyć.

Trzykrotka. Kupiona w Auchanie. Piękna kula zwisających łodyg z liśćmi zielono fioletowymi. Przeżyła warunki górskie (zostawiona niechcąco na dworze, a tu nagle jak to w górach bywa we wrześniu/październiku zrobiło się chłodniej i oczywiście ni stąd ni zowąd w nocy przymrozek). Przeżyła. Postawiona nad grzejnikiem- przeżyła. Przeprowadzka 300 km, nowe miejsce- przeżyła. Nie podlewana miesiąc? Przeżyła. Umarła śmiercią powolną po kolejnej przeprowadzce kiedy to zapomniałam, że ją postawiłam u dzieci w pokoju i tak sobie tam walczyła o życie przez… od lutego do sierpnia. W lipcu kiedy ją zauważyłam miała jeszcze jedną ostatnią żywą łodygę. Niestety próba odratowania jej nie wyszła, aczkolwiek to roślina która wytrzymała ze mną prawie tak długo jak mój osobisty mąż (musiała mieć dużą cierpliwość). Żaden kaktus czy inne rośliny tyle ze mną nie dały rady. Jeśli znów kiedyś zachce mi się zielonego w domu to tylko i wyłącznie trzykrotka.

 

    2. Koce z Tesco

Pewnej zimy, przed świętami pojechaliśmy do Tesco na zakupy- wyprawa jak mało która bo… bez dzieci i na duże zakupy (w tamtych czasach nie zdarzało się to często ponieważ ja bez prawka, Marcin pracujący jako technik/serwisant często w domu bywał bardzo późno, a mieszkaliśmy prawie tam gdzie diabeł mówi dobranoc, dodatkowo jaka to przyjemność zakupy z dziećmi?).  Wracając do meritum. Okazało się, że w Tesco są PROMOCJE przedświąteczne- no jak nie skorzystać? Tym sposobem wynalazłam koc, a właściwie koce. Przecenione z 60 zł na 20 zł. Duże, mięciutkie w kolorze brązowym, czerwonym i pomarańczowym (w późniejszym czasie były także białe, ale białe szybko się brudzi i w ogóle nie lubię tego koloru, to nie jest kolor który sprawdza się przy małych dzieciach). Wtedy za pierwszym razem kupiłam dwa koce. W późniejszym czasie dokupiłam jeszcze dwa, a kilka kupiłam jako prezenty. Koce mają już prawie 6 lat i do dziś nam służą. Dzieciaki często zamiast pod kołdrą śpią pod kocami. Wieczorami kiedy siedzimy z Marcinem korzystamy z tych koców. Kładziemy na krzesło przed komputerem bo są mięciutkie (tak- pisząc to moje cztery litery stykają się właśnie z tym mięciutkim pluszem). Najmłodszy od początku przy tych kocach teraz bez niech ciężko mu zasnąć. Koce te są dobre na każdą chwilę. Otulają w chłodne dni, usypiają dzieci.

 

3. Różowy polar i czapka

Jak pewnie wszyscy wiecie są takie ciuchy, które po prostu się uwielbia i nosi choćby nie pasowało do sytuacji. Tak właśnie było z moim polarem. Był idealny do siedzenia wieczorem, do założenia rano kiedy w domu pizgało bo w nocy w piecu zgasło, do ubrania go na siebie kiedy przy -20°C było trzeba pójść rozpalić/dołożyć do pieca. Kiedy było trzeba do sklepu jechać, ale po co kurtkę zakładać do samochodu. Kiedy umierało się przy zapaleniu płuc, ale do pieca trzeba było chodzić. Kupiłam go w chińskim markecie za 30 zł, służył mi nieprzerwanie przez 3 lata. Wyrzuciłam go z ciężkim sercem dopiero gdy zamek już nie działał, a rękawy nabrały kolorów takich, że choćbym codziennie prała to wyglądały jakby ciuch nigdy nie widział wody i proszku czyli przed przeprowadzką do Wrocławia. Myśląc o nim robi mi się ciepło na sercu- to ile ten polar widział, ile ze mną przeżył… Ach…

Czapka. Jedyna którą akceptuję (ta zdjęcia wyżej) kupiona za grosze kilka lat temu, służąca mi z powodzeniem zimą w górach, zimą w Warszawie, zimą nad morzem, a także zimą we Wrocławiu. W zeszłym roku Magdalena sobie ją przywłaszczyła, a ja zostałam bez czapki- dosłownie. Innej nie założę i koniec.

 

Nowy rok szkolny w czasach Covid19- dwa tygodnie minęły.

Nowy rok szkolny w czasach Covid19- dwa tygodnie minęły.

Szkoła

Organizacja w naszej szkole w czasie Covid19 jest chyba podobna jak we wszystkich placówkach. Na wejściu dzieci dezynfekują dłonie. Rodzice nie są wpuszczani do szkoły chyba, że w sprawie jakichś załatwień (w takiej sytuacji byłam ja 1 września). Rodzice niestety żyją chyba w jakieś mydlanej bańce bo to, ile osób w  grupach, bez zachowania jakiejkolwiek odległości rozmawiało i czekało na dzieci pod szkołą było nie do przyjęcia.  Wracając do samej szkoły. Plus za dezynfekcję na wejściu. Minus dla jednej z pracownic szkoły chodzącej bez maseczki (przynajmniej 1 września), chociaż jestem w stanie ją zrozumieć ponieważ ciągle latała w te i z powrotem dezynfekując powierzchnie- troszkę rozumiem, że ściągnęła maseczkę. Sama odwalając taką robotę jak ona zastanawiałabym się na tym, aczkolwiek jeśli wie, że w szkole był w tym czasie potwierdzony przypadek (no chyba, że nie wiedziała co byłoby dziwne jeśli nawet rodzice się o tym dowiedzieli- nieoficjalnie. Oficjalnie dowiedzielibyśmy się chyba dopiero gdyby cała placówka miała potwierdzony test… o ile w ogóle byśmy się dowiedzieli) to wydaje mi się, że powinna jednak chodzić w tej maseczce. Druga sprawa dotycząca maseczek to fakt, że rodzicom na wejściu, czy wypisującym dokumenty na stoliku przy wejściu w obecności pracownika szkoły nikt nie zwrócił uwagi na temat źle założonej maseczki (pod nosem). Oprócz tego jednego rodzica z maseczką pod nosem, zdążyłam zauważyć tylko JEDNEGO pracownika także z maseczką pod nosem. Uważam, że ten wynik jest bardzo dobry biorąc pod uwagę ilość pracowników szkoły.

U syna w klasie nie ma żadnego problemu- dzieci mogą przebywać na lekcjach w maseczkach. Syn się nie skarżył, że Pani kazała ściągnąć. U córki sprawa wygląda podobnie, aczkolwiek nie tak dobrze jak u syna.

Tutaj muszę podkreślić, że moje dzieci podchodzą bardzo odpowiedzialnie do sytuacji. Od początku epidemii byli informowani o zagrożeniu jakie za sobą niesie koronawirus i mam czasem wrażenie, że łatwiej dziecku wytłumaczyć jak się nosi maseczki, jak dbać o swoje i innych bezpieczeństwo niż drugiemu dorosłemu. Co prawda nikomu nie życzę zachorowania i ciężkiego przebiegu, aczkolwiek z chęcią wysłałabym niektóre osoby do pracy w szpitalach przy ludziach chorych na Covid19.

Liczebność klas się nie zmieniła, obiady dzieci jedzą dopiero po lekcjach- najprawdopodobniej każda klasa osobno. W tym roku moje dzieciaki nie będą korzystać ze świetlicy. Oboje- Daniel i Magdalena wracają po zajęciach do domu. Początkowo były zapisane na obiady, ale zrezygnowaliśmy skoro obiady jedzą po lekcjach, a i tak muszą jeszcze na wejście do stołówki czekać to uważam za bezsensowne płacić za obiady w szkole skoro ja i tak gotuję w domu, a dzieci zjedzą ten obiad właściwie w tym samym czasie co zjadłyby w szkole z tym, że w domu w bezpieczniejszych warunkach.

Co dzieci mówią o szkole na nowych zasadach?

Magdalena:

„Nie fajne jest, że w klasie można ściągać maseczki, a na korytarzu trzeba mieć ubrane. Nie możemy się witać ze sobą podając sobie dłonie. Witamy się łokciami. Możemy wychodzić na przerwach na korytarz, ale ja wolę być w klasie. Nie wolno nam się dzielić jedzeniem ani przyborami szkolnymi. Z domu możemy przynosić tylko rzeczy łatwe do zdezynfekowania. Niezbyt podobają mi się nowe zasady, ale wiem że muszę je przestrzegać dla mamy i taty, rodzeństwa, siebie i innych ludzi.”

Daniel:

„Fajnie jest w klasie. Można się bawić klockami i gierkami, ale nudno jest na korytarzu i prawie w ogóle nie wychodzę. Musimy nosić maseczki na korytarzu, a w klasie możemy, ale nie musimy. Myjemy ręce. W szkole jest nudno.”

 

Reasumując szkoła na pewno stosuje się do wiekszości zaleceń odgórnych, dzieci to akceptują, a rodzice mają w dupie koronawirusa (patrząc na to co działo się pod szkołą 1 września).

Oczywiście przez pierwszy tydzień był niezły burdel dotyczący świetlicy, a raczej faktu, że była zamknięta. Sprawę ratowały wychowawczynie dzieci, które moim zdaniem dają z siebie wszystko i codziennie widziałam, że młody nie wyszedł ze szkoły ot tak, a wychowawczyni widziała moją zgodę. Wystarczy jej jeden podpis pod moją informacją i od razu wiem, że jest zainteresowana tym dzieckiem.

Właściwie wszystkie dokumenty w szkole i przedszkolu drukujemy w domu, wypisujemy i odsyłam scan. Za to ogromny plus- w końcu nie trzeba latać do szkoły z bzdetami i wszystko da się ogarnąć online.

 

Przedszkole

 

Z początku uznaliśmy, że nie będziemy pisać o przedszkolu, ale… ono samo w sobie zasługuje żeby tu się znaleźć i to nie dlatego, że jest źle a wręcz przeciwnie. Jest BARDZO DOBRZE. Fakt faktem nasz najmłodszy pochodził tylko tydzień po czym został w domu z katarem i kaszlem, ale w dalszym ciągu nasza 6latka uczęszcza i sobie chwali. Wychodzą na podwórko, uczą się i wydaje nam się, że nauczyciele w przedszkolu starają się dzieciom zapewnić w miarę (na ile to możliwy w czasach Covid-19) normalny pobyt w tym przedszkolu. My, rodzice nie możemy wchodzić do przedszkola. Panie woźne odbierają dzieci od nas rano, a popołudniu dzieci są sprowadzane do rodziców. Nie ma zebrań- wszelkie informacje są przekazywane mailowo. Nie ma żadnego problemu na lini nauczyciel-rodzic. Kontakt mailowy jest na bieżąco.