Wakacje na wsi

Wakacje na wsi

Tegoroczne wakacje były chyba najbardziej wyczekiwane odkąd mieszkamy we Wrocławiu. Ze względu na COVID-19 pierwszy raz święta wielkanocne (każde święta, nie ważne czy wielkanocne czy Bożonarodzeniowe spędziliśmy z rodziną) spędziliśmy osobno z dala od rodziny we Wrocławiu. Ostatni raz w domu byliśmy w grudniu w dodatku dość ostrożnie, raczej bez kontaktowo(u babci byłam dosłownie moment) ponieważ od początku miesiąca przechodziłam „grypę”(choć mógł to już być koronawirus ponieważ za nic nie mogłam się doleczyć, a w połowie grudnia kompletnie straciłam węch i smak. Czułam się tak jak kilka lat wcześniej kiedy złapało mnie zapalenie płuc. Oczywiście wtedy nikt z nas nie przypuszczał, że to może być to. Koronawirus według oficjalnych informacji dopiero zaczynał roznosić się po świecie(chociaż teraz już wiadomo, że dotarł w wiele miejsc wcześniej niż myślano) ). Już po powrocie do Wrocławia rozchorowała się także moja gromadka i mąż (ja w dalszym ciągu „zdychałam”). Oczywiście w tym samym czasie (to były ferie zimowe) trafiła mi się przeprowadzka i z gorączką, samopoczuciem sięgającym dna przeprowadziłam nas, a Aga zajęła nasze mieszkanie. Po jakimś czasie ogłoszono epidemię. Dzieciaki przeszły na naukę zdalną, Marcin na home office. Ja się w końcu doleczyłam (cała choroba trwała od grudnia do lutego. Antybiotyki nie działały, posiewy w kierunku anginy wychodziły prawidłowe. Węch i smak odzyskałam dopiero początkiem marca). Kiedy zaczął się lock down zdecydowaliśmy, że nie podejmiemy ryzyka i nie pojedziemy na święta wielkanocne do domu. Pomimo zabezpieczania się nie chcieliśmy narażać rodziny- naszych rodziców, dziadków. Dzieciaki tęskniły. Kiedy obostrzenia zaczęły znikać pojawiły się pierwsze plany. Wyjazd do domu w czerwcu, niestety nic z tego nie wyszło, ale dzięki temu miałam czas na zadbanie o siebie i rodzinę. Zrobiłam w końcu cytologię, USG piersi, dzieciaki odwiedzili znów dentystę, okulistę, nadrobiliśmy wizytę u laryngologa. W lipcu spontanicznie zadecydowaliśmy, że jedziemy. Dzieciaki tęskniły za babcią i dziadkiem. Nasi rodzice tęsknili za wnukami, a my mieliśmy już cholernie dość otaczającego nas betonu. Dodatkowo na naszą decyzję wpłynął także inny fakt, który właściwie zaważył na decyzji. Marcin zorganizował sobie urlop i pojechaliśmy (tutaj ukłony w stronę jego szefa, którego tak jak w poprzednim poście napisałam można ze świecą szukać).  Oczywiście w drodze pojawiły się problemy (takie nasze szczęście) z samochodem. Na szczęście byliśmy już bliżej niż dalej i dojechaliśmy bezpiecznie. Pogoda była zmienna. Jednego dnia było pięknie, wieczór mogliśmy spędzić pod pięknym niebem, by kolejny dzień okazał się pochmurny i deszczowy.

Przez cały okres naszego urlopu mogliśmy z bliska obserwować jak żołnierze Jednostki Wojskowej NIL ćwiczą w Lipowej, Brennej i nad Jeziorem Międzybrodzkim.

Oczywiście nie mogło obyć się bez wędzenia- po pół roku w końcu mieliśmy znów okazje zjeść prawdziwe wędliny, które nie są naszpikowane chemią.

U teściów były młode kaczki i kurczaczek. Dzieciaki załapały się na dojenie krowy. Wybrudziły się w błocie, a co najważniejsze całe dnie spędzały na dworze bez zależności od panującej aury.

 

Marcin przypomniał sobie czasy mieszkania na wsi bo akurat przywieźli węgiel więc było trzeba go znieść 🙂

Po czasie spędzonym w Beskidzie Żywieckim kolejnym etapem naszej podróży był Śląsk cieszyński. U moich rodziców spędziliśmy 3 dni. Odwiedziliśmy babcię w Kiczycach i dzieciaki pierwszy raz od 4 lat miały okazję posiedzieć znów przy prawdziwym ognisku, a nie tylko grillu. Upiekli sami swoje kiełbasy. Wtedy też oficjalnie obchodziliśmy urodziny Daniela, moja mama zrobiła tort dla młodego, a i moja siostra przyjechała z mężem i tortem. U nas miesiące letnie w rodzinie są urodzinowe. Wpierw w czerwcu mama ma urodziny, później co równy tydzień/dwa tygodnie w lipcu ktoś inny je obchodzi począwszy od Daniela 4 lipca, przez siostrę 11 lipca i skończywszy na tacie 25 lipca. Później 2, 3  i 6 sierpnia kolejno Damian, dziadek i Magdalena. 🙂

Babcia jak zawsze uraczyła nas pysznym ciastem- wiecie jak to jest jak pewne smaki smakują tak idealnie tylko u babci, a w spiżarce zawsze coś czeka na dzieci. W domu babci to już taka tradycja. Kiedyś tata z wujkiem, później ja z siostrami, a teraz nasze dzieci pierwsze swoje kroki kierują w miejsce gdzie zawsze coś na nie czeka.

 

Wakacje minęły szybko (za szybko), kiedy wracaliśmy do Wrocławia było nam po prostu źle. Znów czekała na nas rutyna, beton, pełno sąsiadów dookoła i brak rodziny, za to w bagażniku mieliśmy znów zapas jajek- takich prosto od kury, z ogródka- nie sklepowe oraz prawdziwe wędzone wędliny.

W Beskidach czas płynie dużo wolniej. Jest spokojnie. Człowiek jest bliżej natury i rodziny. Po prawie 4 latach we Wrocławiu coraz bardziej doceniamy te krótkie chwilę kiedy jesteśmy w domu. Wcześniej czy później wrócimy tam na stałe, ale na razie  muszą nam wystarczyć wyjazdy urlopowe. W tym roku planujemy jechać do domu jeszcze na Boże Narodzenie, a jeśli się uda, jeśli wszystko pójdzie dobrze to mamy nadzieję jeszcze  koło września odwiedzić nasze rodzinne strony. W całej sytuacji z mieszkaniem z dala od rodziny najgorsza jest tęsknota dzieci za dziadkami. Jakbyśmy się nie starali to dziadków dzieciom nie zastąpimy. W końcu… Nie ma jak u babci 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *